Targi Książki ciągle trwają i trzeba przyznać, że jest to niezwykle zacna impreza. Niestety nie powstrzymałem się i kupiłem kilka pozycji, plan jest taki, że będę czytał je po drodze i może rozdawał po przeczytaniu. Bardzo chciałem zdobyć jakąś współczesną, rozrywkową powieść dziejącą się w Delhi, żeby zobaczyć to miasto oczami samych jego mieszkańców. No i ze dwie takie udało się zdobyć, zobaczymy czy będą nadawały się do czytania. Mam też książkę o Narendrze Modim, liderze BJP, jednej z wiodących w Indiach partii, a jednocześnie mocno kontrowersyjnej postaci, ponoć zamieszanej min. w masakrę muzułmanów kilka lat temu w Ahmedabadzie. Dobrze wiedzieć, kto może zostać przywódcą jednego z największych powierzchniowo i liczebnie państw na świecie.
Przy okazji Targów miałem też okazję odwiedzić Foreign Corespondents Club of South Asia, gdzie było kolejne spotkanie z Wojciechem Jagielskim. Impreza zorganizowana przez Instytut Polski w Delhi była bardzo przyjemna. Wino, hummus, rozmowy na świeżym powietrzu, przemykający gdzieś obok Jacek Dehnel, Jagielski opowiadający o swoich podróżach do Afganistanu... Problemem był tylko jeden indyjski dziennikarz, który nadużył wina i zaczepiał w bełkotliwym angielskim, ale i z tym przecież można sobie poradzić. A propos indyjskich dziennikarzy - zadali jedno ciekawe pytanie Jagielskiemu. Podobno reporterzy z Indii ograniczają swoją działalność tylko do rodzimego kraju, ewentualnie do państw ościennych, natomiast polscy reporterzy piszą książki o Azji, Afryce, Ameryce Południowej. Wystarczy poczytać Kapuścińskiego. Dlaczego tak jest? Trudno było znaleźć oczywistą odpowiedź, może Wy wiecie?
![]() |
Qutab Minar |
![]() |
szkolna wycieczka w Qutab Minar |
Pojechałem też do Majnu Ka Tilla, czyli dzielnicy tybetańskiej, a właściwie tybetańskiego obozu uchodźców. Jest to wyjątkowe przeżycie. Jedzie się tam rikszą przez dosyć biedną dzielnicę a potem przez plac budowy. Okolica generalnie niezbyt ciekawa. Natomiast po wejściu do obozu znajdujemy się w mieście Leh, przeniesionym żywcem do Delhi, tylko bez otaczających go Himalajów. Każdy kto był w Leh wie o co chodzi, dla nie wiedzących - to miasteczko w Ladakhu,prowincji leżącej w Indiach ale tuż przy samym Tybecie. Hotelik przy hoteliku, knajpka przy knajpce, małe sklepy z tybetańskim rękodziełem, nieduża stupa. Widać, że dzielnica żyje do pewnego stopnia z backpackerów, bo duża część knajpek ma typowo zachodni charakter. Jest wifi, jest caffe latte, są brownies. Są Tybetańczycy w koszulkach ze Spidermanem, są Amerykanie w koszulkach z Dalaj Lamą. Cóż zrobić, taki mamy świat. Zabawne i straszne jednocześnie jest to, że po wyjściu na drugą stronę dzielnicy, od razu widać rzekę Yamunę, a nad nią prowizoryczne domki hinduskiej biedoty - prawdopodobnie początki kolejnego slumsa. Pewnie z odpadków pozostawionych przez białych turystów da się wyżyć całkiem nieźle.
![]() |
widok z tybetańskiej dzielnicy na Yamunę |
Dzisiaj wizyta w regionie Nizamuddin i wizyta w sanktuarium świętego męża sufickiego, Hazrat Khawaja Nizamuddina Auliya. W każdy czwartek odbywają się tam koncerty muzyki sufich, tzw. qawwali. Ponieważ dzisiaj czwartek, nie omieszkam skorzystać:-)
Jutro wyjazd z Delhi, ale muszę przyznać, że już mi szkoda, że wyjeżdżam. Delhi to nie jest piękne miasto, ale jest to miasto fascynujące. Wrócę na pewno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz