wtorek, 22 września 2015

Bali

Bali to troszeczkę inna planeta. Planeta fantasy, planeta magii, gdzie każdego ranka mieszkańcy składają ofiary dobrym i złym duchom, aby dzień był udany. Ofiary składa się też np. przed wyjazdem w podróż czy przed wyjściem na trekking w góry. Kwiaty, coś do jedzenia, drobne upominki - tak aby duchy miały dobry humor. Chociaż czasami bywa też groźnie - w wypadku bardziej poważnych ceremonii urządza się walki kogutów, a przegrany idzie na ofiarę. To odróżnia balijski hinduizm od indyjskiego - tutaj je się mięso a ofiary bywają krwawe. Lokalne święta odbywają się bardzo często, niektórzy żartują, że JAKIEŚ święto jest tu właściwie codziennie. Każda rodzina ma swoją domową świątynkę a poza tym w każdej wiosce są dodatkowo trzy świątynie "wspólne", poświęcone odpowiednio Brahmie, Wisznu i Śiwie. Łatwo więc policzyć, że na Bali jest więcej świątyń niż domów. Religia ma ogromny wpływ na codzienne życie mieszkańców i widać, że wszyscy dobrze się z tym czują i nie mają bynajmniej zamiaru rezygnować z obyczajów, które praktykują od stuleci.

To jednak tylko jedna z twarzy Bali. Mieszkańcy rajskiej wyspy doskonale zdają sobie sprawę z jej komercyjnego potencjału i... nie wahają się go użyć. Doskonale widać to w miejscowości Ubud, w której siedzę już trzeci dzień. Umówmy się - to jest po prostu kawałek Europy przeniesiony żywcem do Azji. 70% ludzi na ulicy to biali. Co krok sklep z markowymi ciuchami, knajpki serwujące mrożone jogurty albo włoskie espresso, restauracje z bogatym menu, gdzie można znaleźć zarówno kuchnię indonezyjską (oczywiście z odpowiednio zawyżonymi cenami) jak i pizzę czy hamburgery. Na każdym rogu spa i salony masażu a także biura turystyczne, w każdej chwili gotowe sprzedać ci wycieczkę do dowolnego punktu na wyspie. Piękne dziewczyny w letnich sukienkach spacerują w towarzystwie przystojnych, opalonych mężczyzn, Japońscy turyści suną odrobinę zagubieni od sklepu do sklepu, miejscowe chłopaki prężą muskuły i pokazują tatuaże, chichocząc na widok białych turystek w bikini. Co różni Ubud od Europy? Przede wszystkim ceny - pomimo tego, że dużo zawyżone jak na standardy indonezyjskie, wciąż jednak są znacznie niższe nawet od cen w Polsce. Francuzi, Hiszpanie czy Australijczycy mogą więc radośnie szastać pieniędzmi, pozwalając sobie na rzeczy, które, przykładowo, na Lazurowym Wybrzeżu, znacznie przekraczałyby możliwości ich kieszeni. Nie ma też co ukrywać, że nie wszędzie w Europie lato trwa 12 miesięcy w roku.

Jak dla mnie najbardziej niezwykłe jest to, że te dwa światy koegzystują w naturalnej harmonii i nawet mają na siebie pozytywny wpływ. Turystom podoba się bajkowy charakter wyspy a Balijczycy chętnie korzystają z przywożonych przez przyjezdnych dolarów aby jeszcze bardziej upiększać swoje świątynie i jeszcze huczniej obchodzić religijne święta. Lokalni mieszkańcy na szczęście nie są nachalni i potrafią "sprzedawać" uroki swojej ojczyzny w taki sposób, że nie jest to BARDZO męczące. Kiedy zagadują na ulicy i proponują przejażdżkę taksówką, wycieczkę na plażę czy tradycyjny masaż, wystarczy się uśmiechnąć i powiedzieć "nie, dziękuję". Zazwyczaj wystarcza ;-)

W Ubud spędzam większość czasu z Laure, Francuzką poznaną w Yogyakarcie, z którą kilka dni wcześniej weszliśmy na wulkan Bromo. Laure jest zdegustowana Ubud - kojarzy jej się z Ibizą a przechadzający się po ulicach turyści ze zblazowanymi Paryżanami. Postanawiamy wyskoczyć na wycieczkę w głąb wyspy, a konkretnie nad jezioro Bratan, gdzie znajduje się jedna z najbardziej malowniczych świątyń na Bali - Pura Ulun Danu Bratan. Oczywiście jako obrzydliwie bogaci Europejczycy bierzemy taksówkę - kilka godzin jazdy po balijskich drogach i bezdrożach kosztuje nas w sumie po 50 zł na głowę.

Bali "wiejskie" jest po prostu przepiękne. Słynne tarasy ryżowe, bijące po oczach wszystkimi odcieniami zieleni, jedyna w swoim rodzaju architektura, mnogość świątyń, niezwykle mili ludzie obdarowujący nas wciąż uśmiechami - to naprawdę robi wrażenie. Gdy jednak po jakichś dwóch godzinach jazdy docieramy nad jezioro, czeka nas zaskoczenie. Aby dotrzeć bezpośrednio nad wodę, trzeba kupić... bilet. I takie też jest właśnie Bali. Oczywiście warto ten bilet kupić - położona nad jeziorem świątynia jest niezwykle fotogeniczna a i sam teren bardzo malowniczy. No ale gdzieś tam niesmak trochę pozostaje.

Następnego dnia Laure odlatuje na wyspę Flores a ja wyruszam na wycieczkę rowerową po okolicy. Znalazłem ogłoszenie typka o imieniu Wayan, który wpadł na genialny pomysł na biznes. Ponieważ Bali jest wyspą wulkaniczną, de facto jest to po prostu wystająca z wody góra. Wayan pomyślał więc tak - można podjechać prawie na sam szczyt tej góry samochodem, a potem zjechać na dół na rowerze, nad sam ocean. Kto się pisze? Okazało się, że pisze się tyle osób, że chłopak od 7 lat żyje głównie z organizowania tego typu wycieczek. Umawiamy się rano i tu pierwszy zaskoczenie - nikt inny na dziś się nie zgłosił, więc jedziemy tylko we trójkę, ja, Wayan i jego kumpel, który prowadzi auto. Ponieważ wszyscy jesteśmy w wieku "między wschodem a zachodem słońca", okazuje się, że słuchamy bardzo podobnej muzy i całą drogę "pod górkę" z iPoda chłopaków leci sobie Pearl Jam łamany na Radiohead, Bjork, Devendrę Banharta i okazjonalnie The Doors czy Dylana. Pełna globalizacja  - Polak i Balijczyk w Indonezji słuchają anglosaskiej muzyki i znają wszystkie te piosenki na pamięć...

Po drodze zatrzymujemy się na plantacji kawowo - owocowej gdzie mam okazję pożywić się mandarynkami prosto z drzewa, a przy okazji zobaczyć jak na krzakach rośnie kawa. W końcu zaczyna się zjazd. Dostaję dosyć wypasiony rower górski, kask na głowę i... jedziemy! Na początku potwornie wyboistymi leśnymi ścieżkami, potem przez dziurawy asfalt, na koniec zaś całkiem porządną "miejską"drogą. Cały czas z góry, przez jakieś 35 kilometrów - pyszna zabawa! Na koniec Wayan zabiera mnie do domu swoich rodziców, gdzie dostaję wyśmienity obiad - balijskie jedzenie w najlepszej możliwej wersji. No i wisienka na torcie - po całej akcji jedziemy na plażę wykąpać się w oceanie.

Trudno jednoznacznie ocenić Bali. Na pewno jest mocno skomercjalizowane, ale z drugiej strony nie wiem czy widziałem piękniejsze miejsce na ziemi. Trzeba umiejętnie z niego korzystać, tak by czerpać to co najlepsze, jednocześnie nie dając się naciągać, bo spokojnie można tu zostawić fortunę. Ja wiem, że z chęcią tu wrócę - Bali zdobyło moje serce.

Serce sercem, ale konto bankowe nie jest z gumy, więc jutro jadę dalej. Opuszczam rajskie Bali na rzecz wyspy Lombok, gdzie znowu zaznam uroków islamu. Podobno Lombok to takie Bali z czasów, kiedy jeszcze nie dotarła tam masowa turystyka. Nie sądzę, żeby było to możliwe, bo jednak 75% uroku Bali to moim zdaniem kolorowy hinduizm jego mieszkańców, ale zobaczymy - może będę mile zaskoczony. Tak naprawdę chcę dostać się na Lombok z innej przyczyny. Pewnie nie słyszeliście o linii Wallace'a? Generalnie chodzi o odkrycie niejakiego Alfreda Russela Wallace'a, który zaobserwował, że fauna i flora Bali i Lombok diametralnie się różni, pomimo tego, że wyspy te są położone tak blisko siebie. Okazało się, że w plejstocenie, kiedy poziom mórz był znacznie niższy, Bali (tak samo jak Jawa zresztą) było częścią kontynentu azjatyckiego, natomiast Lombok stanowił jedną masę lądu z Australią! Pomimo tego, że minęło od tamtej pory sporo czasu, na Bali wciąż mamy roślinność i zwierzęta takie same jak w większości Azji, natomiast Lombok to już fauna i flora typowo australijska. Nie wiem jak wy, ale ja bardzo chcę to zobaczyć :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz