poniedziałek, 28 września 2015

Przerwa

Uwaga, uwaga. Chwilowa przerwa w nadawaniu. Mój laptop niestety odmawia współpracy, a nie chce mi się wklepywac notek przez telefon ;-) Jestem już z powrotem na Bali, powoli zbieram się do wyjazdu na Jawę. W sobotę o świcie wsiadam do samolotu. Indonezja jest bardzo ok!

piątek, 25 września 2015

Lombok

W każdej podróży przychodzi taki moment, że dociera się do punktu, z którego należy już wracać. Czyli zupełnie jak w życiu. W tej podróży jest to wyspa Lombok - dotarłem tak daleko na wschód, że zaczynam się zastanawiać czy to nie jest już powoli zachód. Tak jak pisałem wcześniej, między Bali a Lombok znajduje się granica między dwoma światami - rzeczywistością Azji Południowo - Wschodniej a światem Australii. Wody między tymi wyspami są tak głębokie, że nawet kiedy poziom mórz znacznie się obniżał, Bali i Lombok oddzielone były cieśniną. Dla przykładu - tygrysy nigdy nie wywędrowały dalej na wschód, niż do brzegów Bali.



Obecnie przekroczyć tę granicę jest stosunkowo łatwo. Wystarczy w miejscowości Padang Bai wsiąść na prom i po 4 godzinach dociera się do portu Lembar na Lombok. Słyszałem straszne rzeczy o tym promie- że płynie się pół dnia, że strasznie buja, że jest tłum ludzi. Prawda jest taka, że te plotki rozsiewa lobby przewoźników dysponujących szybkimi motorówkami - oni wolą, żeby ludzie korzystali z ich usług za 50 dolarów w jedną stronę, niż z publicznego promu, który kosztuje około 1 dolara. Na promie jest miło, są stosunkowo wygodnie siedzenia, można się zdrzemnąć albo obejrzeć wyświetlany na telebimie film (ja trafiłem na jedną z komedii z Jackie Chanem), No i można doświadczyć niesamowitego cyrku w trakcie załadunku - kobiety wchodzą i wychodzą z koszami na głowach, a w koszach mają wodę, kawę, czipsy, ryż z kurczakiem, wafelki - cokolwiek tylko można sprzedać głodnemu/spragnionemu podróżnikowi. Potem na pokład wskakuje zespół młodych chłopaków, którzy z gitarami śpiewają najnowsze indonezyjskie hity, po czym zbierają pieniążki do kapelusza. Oczywiście kręci się też mnóstwo dziwnych typków, czekających na okazję do zrobienia szemranego interesu albo podwędzenia komuś portfela, no ale taki już koloryt portowych sytuacji.

Przed wejściem na prom poznaję Filipa. Już w autobusie zwracam na niego uwagę, bo ewidentnie wygląda mi na Polaka. Ja nie wiem po czym to się poznaje - ale jakoś tak jest, że zazwyczaj po prostu można rozpoznać rodaka. Na początku co prawda mówi, że jest Niemcem, po krótkiej rozmowie przyznaje jednak, że jego matka była Polką i nawet mieszkał przez rok w Warszawie :-) Zagaduje nas też Nila, rodowita obywatelka wyspy Lombok. Jest przedstawicielką plemienia Sasaków, którzy dominują na wyspie. Można ich rozpoznać po charakterystycznych, płaskich nosach, nadających im nieco afrykański wygląd. Nila ma 23 lata, mówi ŚWIETNIE po angielsku, okazuje się, że całkiem nieźle też po niemiecku. Wyznaje mi, że chciałaby wyjechać do Australii na rok, żeby popracować jako au pair ale... ojciec jej nie pozwala. Lombok to mocno tradycyjne i konserwatywne społeczeństwo, bez zgody taty nie ma nawet co myśleć o wyjeździe. Mówi też, że strasznie chciałaby ubierać się sexy, a nie chodzić w hidżabie. Oczywiście na to też na razie nie ma szans...

Miło jest pogadać po polsku z Filipem. Jestem w Indonezji już trzeci tydzień, i jeśli nie liczyć Emi, którą odwiedziłem w Yogyakarcie, to pierwsza okazja, żeby porozmawiać w ojczystym języku. Możemy sobie razem ponarzekać na różne rzeczy, bo przecież język polski ze wszystkiego najlepiej nadaje się do narzekania. Narzekamy więc głównie na to, że bilet, który kupiliśmy miał obejmować przejazd promem ORAZ później również transport busem do stolicy Lomboku, Mataram. Oczywiście po zejściu z promu nie ma żadnego autobusu, to znaczy są, ale trzeba za nie osobno zapłacić. Ponieważ w takich sytuacjach jestem strasznie uparty, nie odpuszczam dopóki któryś z busików nie zabierze nas do Mataram za darmo. Nawet nie chodzi tu o pieniądze - po prostu nie lubię kiedy ktoś próbuje zrobić mnie w trąbę. Po 15 minutach zażartych dyskusji w końcu się udaje i jedziemy do miasta.

W Mataram idziemy do... McDonalda. Tutaj umówiłem się z niejakim Gede, nauczycielem angielskiego, który prowadzi zajęcia z dziećmi w małej wiosce w samym środku wyspy. Zdecydowanie nie należę do fanów tej restauracji, ale jako, że jestem godzinę za wcześnie, nie mogę odmówić sobie coli i kanapki McSpicy, która zresztą wcale spicy nie jest. Ogólnie rzecz biorąc jestem trochę rozczarowany poziomem pikantności indonezyjskiego jedzenia. Mówiono mi, że lokalne dania wypalają kubki smakowe zawartością chili, a tak naprawdę są po prostu ostre - tak jak powinny być. Czasem muszą nawet dodawać odrobinę piekielnego sosu sambal, żeby osiągnąć odpowiedni poziom "gorąca".

Gede przyjeżdża o czasie na pożyczonym od kolegi motocyklu i jedziemy razem do jego wsi. Tu ważna uwaga - motocykle i skutery to absolutnie podstawowy środek transportu w Indonezji. Już 12-latki zasuwają po ulicach na motorach, czasem mam wrażenie, że tutaj właściwie się NIE CHODZI.
Zamiast taksówek funkcjonuje tak zwany ojek, czyli taxi motocyklowe. Po prostu siada się z tyłu za kierowcą i jedziemy. Jest to w sumie dosyć niebezpieczne, bo wiadomo jak jeżdżą Indonezyjczycy, a nie zawsze pasażer dostaje kask. Tak jest i tym razem - jadę z Gede bez kasku, z wielkim plecakiem, przez jakieś 20 kilometrów. No ale oczywiście, jak to w Azji - zasady nieustannie są łamane a wypadków żadnych nie ma. W tym szaleństwie jest metoda.

Gede poznaję przez Couchsurfing. Muszę przyznać, że wpadł na znakomity pomysł - ponieważ uczy angielskiego w niewielkiej wsi o uroczej nazwie Pemepek, jego goście pomagają dzieciakom w zajęciach. Akurat tak wyszło, że w dniu kiedy przyjeżdżam jest święto i szkoła jest zamknięta, ale i tak przez dwa dni kiedy śpię u Gede mam okazję poznać kilkunastu jego uczniów. Mieszkam w tradycyjnym domu plemienia Sasaków, razem z Gede, jego matką, żoną i córeczką. Dom jest bardzo prosty, kibelek na zewnątrz, prysznic to po prostu ogrodzony murkiem, wolno stojący pojemnik na powietrzu, z którego można polewać się zimną wodą. Jest ekstra! Pierwszej nocy mam okazję razem z większością facetów ze wsi wziąć udział w uroczystym posiłku poprzedzonym kilkunastominutowymi śpiewami ku czci Allaha - przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Zwłaszcza kiedy wysiada prąd i jemy przy blasku świeczek, rozmawiając - uwaga - o grze Roberta Lewandowskiego. Bo warto wiedzieć, że w Azji kojarzą tylko dwóch Polaków - Lecha Wałęsę i Roberta Lewandowskiego.



Następnego dnia dwóch chłopaków zabiera mnie do swojej wioseczki, gdzie jestem oprowadzony po plantacji kokosów i bananów, próbując jednocześnie nie dać się przekarmić na śmierć wyżej wymienionymi owocami. Swoją drogą - nie wiedziałem, że w Indonezji zasadniczo nie je się "starych" kokosów, takich jakie w Polsce można dostać w sklepach. Stare kokosy służą do produkcji oleju, natomiast je się "młode", które mają jeszcze miękki miąższ. Oczywiście jestem we wsi chodzącą sensacją, wszyscy chcą częstować mnie kawą i zapewniają, że jestem mile widzianym gościem i mogę spać u każdego z nich, jeśli tylko zechcę.

To były niezwykle urocze dwa dni, jakże odmienne od pobytu na Bali. Tutaj nikt nie próbuje mi niczego sprzedać, po prostu jesteśmy ciekawi siebie nawzajem i wchodzimy w fajną interakcję. Indonezja jednak promuje Lombok jako "next big thing" po Bali, więc może jest to ostatnia szansa, żeby zaznać tej wyspy w stanie jeszcze nieskażonym masową turystyką. Aczkolwiek turystyka jest tutaj niewątpliwie szansą - miejscowa ludność jest biedna i żyje bardzo skromnie, napływ bule z pewnością pozwoliłby wielu odkuć się finansowo.



Jadę jeszcze bardziej na południe, do miejscowości Kuta, gdzie podobno czekają na mnie dziewicze plaże i umiarkowany ruch turystyczny. No bo - wstyd przyznać - przez 3 tygodnie pobytu na indonezyjskich wyspach, tylko raz pływałem jak dotąd w oceanie! 

wtorek, 22 września 2015

Bali

Bali to troszeczkę inna planeta. Planeta fantasy, planeta magii, gdzie każdego ranka mieszkańcy składają ofiary dobrym i złym duchom, aby dzień był udany. Ofiary składa się też np. przed wyjazdem w podróż czy przed wyjściem na trekking w góry. Kwiaty, coś do jedzenia, drobne upominki - tak aby duchy miały dobry humor. Chociaż czasami bywa też groźnie - w wypadku bardziej poważnych ceremonii urządza się walki kogutów, a przegrany idzie na ofiarę. To odróżnia balijski hinduizm od indyjskiego - tutaj je się mięso a ofiary bywają krwawe. Lokalne święta odbywają się bardzo często, niektórzy żartują, że JAKIEŚ święto jest tu właściwie codziennie. Każda rodzina ma swoją domową świątynkę a poza tym w każdej wiosce są dodatkowo trzy świątynie "wspólne", poświęcone odpowiednio Brahmie, Wisznu i Śiwie. Łatwo więc policzyć, że na Bali jest więcej świątyń niż domów. Religia ma ogromny wpływ na codzienne życie mieszkańców i widać, że wszyscy dobrze się z tym czują i nie mają bynajmniej zamiaru rezygnować z obyczajów, które praktykują od stuleci.

To jednak tylko jedna z twarzy Bali. Mieszkańcy rajskiej wyspy doskonale zdają sobie sprawę z jej komercyjnego potencjału i... nie wahają się go użyć. Doskonale widać to w miejscowości Ubud, w której siedzę już trzeci dzień. Umówmy się - to jest po prostu kawałek Europy przeniesiony żywcem do Azji. 70% ludzi na ulicy to biali. Co krok sklep z markowymi ciuchami, knajpki serwujące mrożone jogurty albo włoskie espresso, restauracje z bogatym menu, gdzie można znaleźć zarówno kuchnię indonezyjską (oczywiście z odpowiednio zawyżonymi cenami) jak i pizzę czy hamburgery. Na każdym rogu spa i salony masażu a także biura turystyczne, w każdej chwili gotowe sprzedać ci wycieczkę do dowolnego punktu na wyspie. Piękne dziewczyny w letnich sukienkach spacerują w towarzystwie przystojnych, opalonych mężczyzn, Japońscy turyści suną odrobinę zagubieni od sklepu do sklepu, miejscowe chłopaki prężą muskuły i pokazują tatuaże, chichocząc na widok białych turystek w bikini. Co różni Ubud od Europy? Przede wszystkim ceny - pomimo tego, że dużo zawyżone jak na standardy indonezyjskie, wciąż jednak są znacznie niższe nawet od cen w Polsce. Francuzi, Hiszpanie czy Australijczycy mogą więc radośnie szastać pieniędzmi, pozwalając sobie na rzeczy, które, przykładowo, na Lazurowym Wybrzeżu, znacznie przekraczałyby możliwości ich kieszeni. Nie ma też co ukrywać, że nie wszędzie w Europie lato trwa 12 miesięcy w roku.

Jak dla mnie najbardziej niezwykłe jest to, że te dwa światy koegzystują w naturalnej harmonii i nawet mają na siebie pozytywny wpływ. Turystom podoba się bajkowy charakter wyspy a Balijczycy chętnie korzystają z przywożonych przez przyjezdnych dolarów aby jeszcze bardziej upiększać swoje świątynie i jeszcze huczniej obchodzić religijne święta. Lokalni mieszkańcy na szczęście nie są nachalni i potrafią "sprzedawać" uroki swojej ojczyzny w taki sposób, że nie jest to BARDZO męczące. Kiedy zagadują na ulicy i proponują przejażdżkę taksówką, wycieczkę na plażę czy tradycyjny masaż, wystarczy się uśmiechnąć i powiedzieć "nie, dziękuję". Zazwyczaj wystarcza ;-)

W Ubud spędzam większość czasu z Laure, Francuzką poznaną w Yogyakarcie, z którą kilka dni wcześniej weszliśmy na wulkan Bromo. Laure jest zdegustowana Ubud - kojarzy jej się z Ibizą a przechadzający się po ulicach turyści ze zblazowanymi Paryżanami. Postanawiamy wyskoczyć na wycieczkę w głąb wyspy, a konkretnie nad jezioro Bratan, gdzie znajduje się jedna z najbardziej malowniczych świątyń na Bali - Pura Ulun Danu Bratan. Oczywiście jako obrzydliwie bogaci Europejczycy bierzemy taksówkę - kilka godzin jazdy po balijskich drogach i bezdrożach kosztuje nas w sumie po 50 zł na głowę.

Bali "wiejskie" jest po prostu przepiękne. Słynne tarasy ryżowe, bijące po oczach wszystkimi odcieniami zieleni, jedyna w swoim rodzaju architektura, mnogość świątyń, niezwykle mili ludzie obdarowujący nas wciąż uśmiechami - to naprawdę robi wrażenie. Gdy jednak po jakichś dwóch godzinach jazdy docieramy nad jezioro, czeka nas zaskoczenie. Aby dotrzeć bezpośrednio nad wodę, trzeba kupić... bilet. I takie też jest właśnie Bali. Oczywiście warto ten bilet kupić - położona nad jeziorem świątynia jest niezwykle fotogeniczna a i sam teren bardzo malowniczy. No ale gdzieś tam niesmak trochę pozostaje.

Następnego dnia Laure odlatuje na wyspę Flores a ja wyruszam na wycieczkę rowerową po okolicy. Znalazłem ogłoszenie typka o imieniu Wayan, który wpadł na genialny pomysł na biznes. Ponieważ Bali jest wyspą wulkaniczną, de facto jest to po prostu wystająca z wody góra. Wayan pomyślał więc tak - można podjechać prawie na sam szczyt tej góry samochodem, a potem zjechać na dół na rowerze, nad sam ocean. Kto się pisze? Okazało się, że pisze się tyle osób, że chłopak od 7 lat żyje głównie z organizowania tego typu wycieczek. Umawiamy się rano i tu pierwszy zaskoczenie - nikt inny na dziś się nie zgłosił, więc jedziemy tylko we trójkę, ja, Wayan i jego kumpel, który prowadzi auto. Ponieważ wszyscy jesteśmy w wieku "między wschodem a zachodem słońca", okazuje się, że słuchamy bardzo podobnej muzy i całą drogę "pod górkę" z iPoda chłopaków leci sobie Pearl Jam łamany na Radiohead, Bjork, Devendrę Banharta i okazjonalnie The Doors czy Dylana. Pełna globalizacja  - Polak i Balijczyk w Indonezji słuchają anglosaskiej muzyki i znają wszystkie te piosenki na pamięć...

Po drodze zatrzymujemy się na plantacji kawowo - owocowej gdzie mam okazję pożywić się mandarynkami prosto z drzewa, a przy okazji zobaczyć jak na krzakach rośnie kawa. W końcu zaczyna się zjazd. Dostaję dosyć wypasiony rower górski, kask na głowę i... jedziemy! Na początku potwornie wyboistymi leśnymi ścieżkami, potem przez dziurawy asfalt, na koniec zaś całkiem porządną "miejską"drogą. Cały czas z góry, przez jakieś 35 kilometrów - pyszna zabawa! Na koniec Wayan zabiera mnie do domu swoich rodziców, gdzie dostaję wyśmienity obiad - balijskie jedzenie w najlepszej możliwej wersji. No i wisienka na torcie - po całej akcji jedziemy na plażę wykąpać się w oceanie.

Trudno jednoznacznie ocenić Bali. Na pewno jest mocno skomercjalizowane, ale z drugiej strony nie wiem czy widziałem piękniejsze miejsce na ziemi. Trzeba umiejętnie z niego korzystać, tak by czerpać to co najlepsze, jednocześnie nie dając się naciągać, bo spokojnie można tu zostawić fortunę. Ja wiem, że z chęcią tu wrócę - Bali zdobyło moje serce.

Serce sercem, ale konto bankowe nie jest z gumy, więc jutro jadę dalej. Opuszczam rajskie Bali na rzecz wyspy Lombok, gdzie znowu zaznam uroków islamu. Podobno Lombok to takie Bali z czasów, kiedy jeszcze nie dotarła tam masowa turystyka. Nie sądzę, żeby było to możliwe, bo jednak 75% uroku Bali to moim zdaniem kolorowy hinduizm jego mieszkańców, ale zobaczymy - może będę mile zaskoczony. Tak naprawdę chcę dostać się na Lombok z innej przyczyny. Pewnie nie słyszeliście o linii Wallace'a? Generalnie chodzi o odkrycie niejakiego Alfreda Russela Wallace'a, który zaobserwował, że fauna i flora Bali i Lombok diametralnie się różni, pomimo tego, że wyspy te są położone tak blisko siebie. Okazało się, że w plejstocenie, kiedy poziom mórz był znacznie niższy, Bali (tak samo jak Jawa zresztą) było częścią kontynentu azjatyckiego, natomiast Lombok stanowił jedną masę lądu z Australią! Pomimo tego, że minęło od tamtej pory sporo czasu, na Bali wciąż mamy roślinność i zwierzęta takie same jak w większości Azji, natomiast Lombok to już fauna i flora typowo australijska. Nie wiem jak wy, ale ja bardzo chcę to zobaczyć :-)

niedziela, 20 września 2015

Między Jawą a Bali

Na przystani promów w Banyuwangi podchodzi o mnie koleżka i z miejsca pyta: "Gdzie jedziesz, może Denpasar?". W sumie tam właśnie jadę, więc nie zaprzeczam. "Wsiadaj, autobus zaraz odjeżdża, cena 200 000 rupii!". Wydaje mi się to DUŻO za dużo, więc wzruszam tylko ramionami i idę do kas, gdzie można kupić bilety na prom na Bali. Po drugiej stronie bramek wejściowych ten sam typek. "Dobra, ostateczna cena - 100 000!". Szybko zbił o połowę, więc od razu atakuję: "Może 80?", chociaż i tak wydaje mi się to za dużo. Kręci nosem a im bardziej kręci tym mniej chce mi się z nim gadać, więc szybciutko zmykam na prom.

Już po drugiej stronie przybiega kolejny koleżka. "Może do Denpasar?", pyta. "Owszem", odpowiadam, lekko przyspieszając kroku. On przyspiesza również i szepcze "50 tysięcy!". Oho, wystarczyło trochę poczekać i cena spadła do jednej czwartej! Ponieważ w sumie trochę mi się spieszy, zgadzam się i potulnie daję zaprowadzić do autobusu, zadowolony, że płacę w miarę normalną stawkę. Dopiero kiedy autobus odjeżdża widzę napis na ścianie dworca - bilety do Denpasar - 35 000 rupii.

Jawa i Bali są oddzielone wąską cieśniną, którą codziennie przekracza setki łodzi, łódek i łódeczek. Były co prawda plany, żeby wybudować most, ale władze Bali kategorycznie odmówiły. Dlaczego? Bo niewiele jest miejsc na świecie tak odmiennych jak Jawa i Bali a Jawajczycy słyną ze swojej skłonności do dominacji w indonezyjskim archipelagu. Co różni Jawę i Bali? Przede wszystkim religia i wszystko co się z nią wiąże. Na Jawie panuje islam, co prawda mocno wyluzowany, ale jednak wciąż narzucający pewne restrykcje (obyczajowe, kulinarne, odzieżowe). Na Bali natomiast radośnie kwitnie hinduizm! Jest to pamiątka z czasów kiedy cała Indonezja była hindu - po nadejściu islamu wszystko co hinduskie czmychnęło na Bali i tutaj pozostało. No i trzyma się mocno! Balijczycy są niesłychanie religijni, każdy dom ma swoją mniejszą bądź większą świątynkę, cały czas odprawiane są ceremonie, dobre i złe duchy wyspy muszą codziennie dostać swoje ofiary - cała te religijna obyczajowość jest niezwykle żywa a przy tym szalenie kolorowa! Bali to taka trochę wyspa ze świata magii, troszeczkę pomiędzy realnością a snem. W dodatku wszystko tutaj jest po prostu BARDZO ŁADNE! Od domów, poprzez pokryte dziesiątkami ornamentów świątynie, mury, drzwi, ulice - nawet dziewczyny są ładniejsze niż na Jawie ;-)



Jak reagują na to Jawajczycy? Oczywiście są zazdrośni. Nie usłyszałem na Jawie ani jednego dobrego słowa na temat Bali. Przereklamowana, droga, brudna itp. itd.  - to powie Wam każdy mieszkaniec Yogyakarty. Fakt faktem - ogromna ilość turystów spowodowała, że naprawdę jest tu znacznie drożej - przynajmniej w tzw. turystycznych zagłębiach. Wszak 80% odwiedzających Indonezję turystów przyjeżdża TYLKO tutaj.

Zanim jednak znalazłem się w turystycznych zagłębiach, wylądowałem w stolicy Bali, wspomnianym już Denpasar. Do Denpasar zasadniczo nikt nie jeździ - ewentualnie jest to punkt przesiadkowy do nadmorskich kurortów. Dlatego właśnie postanowiłem spędzić tutaj chociaż jeden dzień - lubię miejsca, gdzie normalni ludzie po prostu prowadzą normalne życie. Wylądowałem w uroczym homestayu o nazwie Nakula Home Inn, położonym w niewielkiej uliczce, z pięknym podwórkiem, świątynią i małą restauracyjką, w której raczyłem się sałatkami ze świeżych owoców.


Z Denpasar wiąże się jeszcze jedna zabawna historia. Od wielu lat basistą i wokalistą znakomitego prog rockowego zespołu Camel jest niejaki Colin Bass (sic!), który miał w życiu również swój indonezyjski epizod. W latach dziewięćdziesiątych jako Sabah Habas Mustapha wydał tutaj kilka płyt i wylansował parę sporych przebojów. Największym z nich był "Denpasar Moon", piosenka, która doczekała się ponad 50 coverów autorstwa zespołów z Indonezji, Filipin i Malezji. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby jej posłuchać w samym Denpasar, siedząc wieczorem pod księżycem. No cóż, taki już ze mnie niepoprawny romantyk... A piosenka leci tak. Posłuchaj :-)



Tymczasem na stronie Couchsurfingu zagadała do mnie niejaka Maya, Jawajka studiująca na Bali. Umówiliśmy się na obiad - ciekawy byłem jej opinii na temat wyspy. Przyjechała na skuterku w gustownym hidżabie i oczywiście od razu poinformowała mnie, że Jawa jest ZNACZNIE ciekawsza od Bali. Dodała też jednak, że ludzie tutaj są trochę bardziej otwarci i mniej konserwatywni. Jej koleżanka zaszła w ciąże bez ślubu i czmychnęła z Jawy na Bali właśnie - w rodzinnych stronach byłaby absolutnie skreślona, tutaj nikt się jej nie czepia. Maya zajmuje się ochroną żółwi - instytucja, z którą współpracuje wykupuje od wieśniaków żółwie jaja i dba, żeby młode wykluły się w bezpiecznych warunkach. Poszliśmy do lokalnej jadłodajni, gdzie za 2 złote 50 groszy wrzuciłem furę pysznych smażonych rybek z ryżem i smażonymi warzywami w pikantnym sosie - wciąż kocham tutejsze ceny jedzenia!

To były jednak jak dotąd ostatnie chwile względnie taniego żarcia. Dzisiaj dotarłem do Ubud - tak, tak, tego samego Ubud, w którym grana przez Julię Roberts bohaterka filmu (i książki) "Jedz, módl się, kochaj" odnajduje sens życia, wielką miłość itd. itp. Przyznam, że przeżyłem mały szok. Jak dotąd w Indonezji byłem nieustannie otoczony przez tłumy Indonezyjczyków, czasami tylko gdzieś przemknął jakiś turysta. Tymczasem w Ubud otacza mnie tłum białasów, i z rzadka gdziekolwiek można zobaczyć Balijczyka :-) Ceny też są odpowiednio dostosowane - w Denpasar zjadłem obiad za 10 000 rupii, w Ubud obiad w knajpie potrafi kosztować nawet 100 000 rupii! Niemniej jednak jest tutaj prześlicznie - wszędzie pola ryżowe, świątynie, posążki, świeci słońce, nikt się nigdzie nie spieszy. W sumie idealne miejsce na wakacyjny chill jeśli tylko ma się odpowiednią ilość funduszy na koncie.

Ubud jest też dobrym miejscem, żeby eksplorować balijskie wioski i wioseczki. Na rowerze, na motorze, na piechotę, albo taksówką. Zaczynam od jutra!

piątek, 18 września 2015

Bromo

Wulkan Bromo to bezsprzecznie jedna z największych atrakcji Indonezji. Być na Jawie i nie widzieć Bromo? To tak jakby być we Francji i nie zobaczyć wieży Eiffla. Oczywiście zrodziło to wielki boom turystyczny i już od Yogyakarty wszyscy próbują sprzedać każdemu wycieczkę na wulkan.

Na Bromo można dostać się na dwa sposoby - łatwy i trudny. Sposób łatwy to oczywiście załatwienie wszystkiego przez agencję, sposób trudniejszy to dostanie się tam na własną rękę. Ponieważ od lat podróżuję "po swojemu" i naprawdę rzadko korzystam z usług biur turystycznych, także tym razem postawiłem na "zrób to sam". Dlaczego tak? Raz, że jest zazwyczaj znacznie taniej, dwa, można dzięki temu poznać więcej lokalnych realiów, korzystając z publicznych środków transportu, jedząc po drodze w małych knajpkach "dla tubylców" i gadając z ludźmi, zazwyczaj zadziwionymi że bule (tak tutaj mówi się na białasów) jedzie miejscowym autobusem zamiast klimatyzowanym samochodem.

Bromo z agencją wygląda tak. Już w Yogyakarcie podróżnik zostaje ulokowany w minibusie, który jedzie do wioski Cemoro Lawang, leżącej u samych stóp góry. Bilecik z agencji upoważnia też do noclegu w wybranym hotelu, oraz do transportu jeepem o 2 w nocy na specjalny punkt widokowy, gdzie widać Bromo (oraz dwa kolejne wulkany) w całej okazałości. Potem jeepy jadą do samego wulkanu, gdzie można zajrzeć do wnętrza bestii. Następnie turysta jest odwieziony z powrotem do hotelu, koniec wycieczki. Fajnie? Niestety nie bardzo, bo każdej nocy pod Bromo podjeżdża KILKADZIESIĄT jeepów, co powoduje, że ogląda się widoki w dzikim tłumie, złożonym głownie z Japończyków, Chińczyków i emerytowanych Niemców. Co więcej - kosztuje to sporo kasy, bo łącznie wychodzi spokojnie ze 300 złotych za całą wycieczkę, co jak na warunki Indonezji jest kwotą mocno astronomiczną.

Można jednak podejść do tego inaczej. Ja zrobiłem tak - w Yogyakarcie wykupiłem sam transport pod Bromo (bez hotelu, bez jeepów itd.). Kosztuje to co prawda 200 000 indonezyjskich rupii (około 50 zł), ale pozwala dostać się na miejsce w miarę sprawnie, chociaż i tak zajmuje to 11 godzin. Drogi na Jawie nie są w najlepszym stanie a ogólne przeludnienie oraz fakt, że prawie każdy ma motocykl albo samochód powoduje ogromny traffic jam - właściwie cały czas jedzie się w korku przypominającym osławioną drogę wylotową w stronę Radomia przez Raszyn ;-) Kierowca wyprzedza jak szalony, próbując ominąć sznur samochodów, stosując klasyczny jawajski zestaw - wymuszanie pierwszeństwa, wyprzedzanie poboczem, jazda pod prąd dopóki na horyzoncie nie pojawia się większe auto itd. Do tego cały czas rozmawia przez telefon komórkowy. W pewnym momencie postanowiłem nakręcić telefonem cały ten cyrk, jako że siedziałem z przodu, obok kierowcy. Kiedy jednak nagrałem go jak gada przez telefon wpadł w autentyczne przerażenie. "Tak nie wolno", łkał. "Nie wolno rozmawiać i prowadzić jednocześnie. Pan nikomu tego nie pokaże, prawda?". Uspokajałem go jak mogłem, że to tylko na pamiątkę, ale do samego końca miał minę zbitego psa. Potem chyba lekko zwariował, bo co chwilę krzyczał "traffic jam! traffic jam!" śmiejąc się przy tym jak opętany. No cóż, ważne że dowiózł wszystkich żywych na miejsce.

Do wioski Cemoro Lawang dostajemy się już po zmroku. Jest bardzo zimno - na wysokości 2000 metrów temperatura spada do 5 stopni powyżej zera. Po nieustannych upałach jawajskich nizin jest to duży szok - różnica temperatur wynosi 30 stopni. Na szczęście jeszcze z Polski zabrałem sweter, czapkę i szalik, więc aklimatyzuję się dosyć szybko. Na miejscu czeka na mnie Laure, sympatyczna Francuzka, którą poznałem jeszcze w Yogyakarcie i z którą postanowiliśmy wynająć wspólnie pokój. W międzyczasie Laure spotkała jeszcze fantastyczną parę z Hiszpanii, Borja i Cristinę, którzy też chcą odbyć nocną wycieczkę na własną rękę. Nocujemy w zwykłym homestayu o nazwie Subur, gdzie nie ma ogrzewania ale przynajmniej można wziąć ciepły prysznic. Obok znajduje się wypasiony hotel Lava - oczywiście turyści z agencji śpią w Lavie, płacąc za wszystko dwa razy tyle. Jedyny plus Lavy jest taki, że mają wifi, dlatego wpadam do nich na chwilę posprawdzać maile i wypić ciepłą herbatę z imbirem.

Wyruszamy o 3 nad ranem. Planujemy dotrzeć przed świtem na punkt widokowy, do którego wszyscy jadą jeepami. Jest... "rześko", mam na sobie sweter, bluzę, lekką kurtkę, czapkę i szalik, a i tak cieplej robi się dopiero po jakichś 20 minutach marszu pod górkę. Fantastyczna sprawa - idziemy zupełnie sami przez las, rozmawiamy o podróżach. Ja opowiadam o Indiach, Borja o niedawnej wyprawie przez Chiny - podobno Chińczycy przechodzą aktualnie fazę obsesyjnego robienia sobie selfie - na przykład chodzą po Wielkim Murze i robią sobie co 5 minut fotkę. Zaznaczam - sobie, nie Murowi. Laura opowiada natomiast o swojej niedawnej wycieczce do Lizbony, gdze podobno jest moda na robienie sobie w kościołach selfie z Jezusem w tle. W sensie - nie Portugalczycy to robią, tylko turyści. Tymczasem gdzieś w oddali widzimy korek kilkudziesięciu jeepów sunących powoli pod górę. Podejmujemy decyzję, że nie będziemy szli tam gdzie jadą wszyscy, tylko znajdziemy sobie ustronny punkt widokowy po drodze. Po jakichś dwóch godzinach marszu docieramy do idealnego miejsca - jesteśmy na leśnej ścieżce i mamy doskonały widok na olbrzymi krater, w którym znajduje się Bromo. To niezwykły widok - stary krater jest naprawdę ogromny, no i niesamowicie jest zobaczyć aktywne wulkany, który "wyrosły" na podkładzie starego, wygasłego. Kiedy nastaje świt, widok zapiera dech w piersiach. Zresztą zobaczcie sami.



Gdy docieramy z powrotem do wioski jest już 9 rano - spędziliśmy na trekkingu łącznie sześć godzin. Bierzemy szybki prysznic, wrzucamy śniadanie i ruszamy dalej - tym razem zobaczyć wulkan z bliska. Zabawna sytuacja - teoretycznie za wstęp na teren krateru powinniśmy zapłacić 220 000 rupii (dużo!), ale jako, że wszystkie jeepy już pojechały i nikogo nie widać "na bramce", postanawiamy po prostu wejść do środka nie płacąc ani grosza. Klasyczne wejście "po polsku" - na swoje usprawiedliwienie mam to, że na pomysł ten wpadli Hiszpanie ;-)

Idziemy po pyle wulkanicznym pokrywającym krater - nawet przez buty czuć jak jest gorący. I tu wydarza się coś czego się nie spodziewałem - moje buty - a nie były to byle jakie buty, tylko niezłe obuwie do biegania - zaczynają się... topić. Najpierw odpada część podeszwy lewego buta, potem zaczyna odklejać się podeszwa prawa. Nie jest mi do śmiechu, bo gdybym stracił te buty i musiał iść po popiele boso, chyba także moje stopy poszłyby na straty. Trzeba było jednak wziąć dobre, górskie obuwie! Na szczęście udaje mi się dotrzeć do samego wulkanu bez całowitych strat. I tutaj trafiam na coś czego po prostu nie da się opisać. Można zajrzeć "do środka", a tam słychać huk przypominający odgłos wielkiego wodospadu, wydobywają się obłoki siarki, widać jak bardzo ta góra... żyje. Kiedy siarkowa chmura zawiewa przez chwilę na nas zaczyna nam zapierać dech w piersiach dosłownie - siarka pali gardło i płuca. Wulkan budzi ogromny respekt i warto chociaż raz w życiu zajrzeć w głąb bestii, która może wybuchnąć w każdej chwili.

Niestety nadchodzi czas się rozstać. Po południu razem docieramy do Probolinggo skąd Laure, Borja i Cristina jadą dalej oglądać kolejny wulkan a ja ruszam do mojego Couchsurfingowego gospodarza u którego spędzę jedną noc. Chociaż to nie do końca prawda - sympatyczny chłopak o imieniu Hendra w ostatniej chwili pisze do mnie, że musi wyjechać z miasta, ale mogę przenocować... u jego rodziców. "Oni mówią po angielsku, dasz sobie radę", pociesza mnie. Tak zaczyna się jeden z najdziwniejszych etapów mojej podróży. Ląduję w zwykłym jawajskim domu, gdzie przyjmują mnie rodzice Hendry - faktycznie mówią po angielsku, ale tylko na poziomie pozwalającym na przekazanie najprostszych komunikatów. Tata i mama są dosyć wyluzowani, chociaż wszechobecne zdjęcia Mekki nie dają zapomnieć, że jestem u muzułmanów. Hendra ma dwie siostry - jedna jest okutana od stóp do głów w hidżab, natomiast druga wygląda jak europejska nastolatka. Cały czas zalotnie się do mnie uśmiecha i dwa razy PRZYPADKIEM natykam się na nią w korytarzu jak idzie do łazienki przyodziana tylko w ręcznik. Naprawdę ZABAWNA SYTUACJA.

Niestety dwa dni spędzone w podróży plus nocna wspinaczka powodują, że nie za bardzo mam ochotę się integrować, jedyne o czym marzę to prysznic i sen. Idę jeszcze na szybki spacer po miasteczku - w Probolinggo nie ma zbyt wielu białych, więc wzbudzam niezdrową sensację. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy idziesz sobie w poszukiwaniu jakiejś zupki na kolację a prawie wszyscy się na ciebie gapią. Dzieci wybuchają nerwowym śmiechem, chłopaki gadają do siebie ściszonymi głosami, starsi po prostu mierzą wzrokiem od stóp do głów. Panie, panowie, w Probolinggo wylądowało UFO!

Przed snem nie mogę pozbyć się widoku piekielnych wnętrz wulkanu. Na szczęście już jutro wyruszam w kierunku raju - bo przecież wszyscy mówią, że Bali to prawdziwie rajska wyspa. Wcześniej jednak jeden dzień w Banyuwangi - ostatnim miasteczku na Jawie, gdzie mam zamiar nie robić nic, porządnie się wyspać, odpocząć i poczytać autobiografię Franka Zappy - bo przecież nie można cały czas podróżować ;-)

wtorek, 15 września 2015

Borobudur

Pojawiają się czasem zapytania czym różni się Indonezja od Indii. No cóż, różnic i podobieństw jest wiele. Jeśli chodzi o pogodę to blisko Indonezji do południowych Indii - też jest bardzo gorąco i dosyć wilgotno. Właściwie w ciągu dnia trzeba ze 3-4 razy wziąć zimny prysznic żeby czuć się w miarę komfortowo. Jeśli chodzi o pory roku to w Indonezji jest lato przez 12 miesięcy, tyle tylko, że przez połowę tego lata pada. Ja trafiłem na koniec pory suchej i deszczu nie spadła od mojego przyjazdu nawet jedna kropla, ale podobno w porze deszczowej potrafi lać non stop przez wiele dni.

Podobne są ceny żywności - jeśli je się w "lokalnych" knajpkach, można spokojnie znaleźć danie obiadowe za 5 polskich złotych. I to nie jest byle jakie danie - dzisiaj w restauracji sumatrzańskiej (?) zjadłem Nasi Rendang, czyli oficjalnie najlepszą potrawę świata według głosów ankiety przeprowadzonej swego czasu przez CNN. Gdyby ktoś miał ochotę zweryfikować - tutaj link Najlepsze jedzenie na świecie - 2011 rok. Zapłaciłem za to 17 000 indonezyjskich rupii, czyli w przeliczeniu na złotówki według dzisiejszego kursu - dokładnie 4 złote i 38 groszy. Często ludzie pytają mnie jak to robię, że stać mnie na wakacje w Azji. Odpowiadam zawsze - jeżdżę na wakacje do Azji bo nie stać mnie na wakacje w Europie ;-)

Rendang wygląda tak jak na poniższym obrazku. Może nie jakoś bardzo apetycznie, ale jest naprawdę dobry. Chociaż pewnie nie dałbym tej potrawie pierwszego miejsca na świecie ;-) Generalnie jest to wołowina namoczona w mleku kokosowym z przyprawami, po czym gotowana powoli tak, żeby mleko odparowało i pozostawiło tylko esencję smaku.


Co jeszcze jest podobne? Na pewno szalony ruch drogowy, na pewno pewna dowolność w kwestii punktualności i terminowości, no i z pewnością fakt, że biały wciąż stanowi lokalną sensację. Straszono mnie, że wszyscy będą chcieli tu sobie ze mną robić zdjęcia (tak jest też zresztą w Indiach) ale jak dotąd nie dostałem ani jednej propozycji - widocznie za mało jestem podobny do atrakcyjnej blondynki ;-)

Jeśli chodzi o różnice, to widać je na przykład w stosunku do żebraków. W Indiach są wszechobecni i nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. Jeśli na ulicy leży starsza kobieta bez środków do życia - cóż, widocznie taka karma, musiała sobie na to zasłużyć. Hindusi są w tych kwestiach dosyć bezwzględni. Indonezyjczycy to muzułmanie, a jednym z obowiązków pobożnego wyznawcy islamu jest dawanie jałmużny - jest to równie ważne jak codzienna modlitwa. Dlatego też mnóstwo jest np. ulicznych grajków, czasem lepszych czasem gorszych, którzy podchodzą do gości w knajpie i zawsze dostają te kilka monet.

Indonezyjczycy są chyba też mniej wścibscy - w Indiach każda rozmowa zaczyna się jak przesłuchanie. "Jak się nazywasz? Z jakiego jesteś kraju? Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Jesteś żonaty? Masz dzieci? Czemu nie jesteś żonaty? Czemu nie masz dzieci?". Zwłaszcza kwestie rodzinne niezwykle interesują Hindusów i nie mogą nigdy zaakceptować tego, że ktoś może mieć np. 30 lat i nie być w związku małżeńskim. Mieszkańcy Indii czasami przypominają roboty funkcjonujące według określonego programu. Zwłaszcza dwa punkty tego programu są kluczowe. Punkt pierwszy - jak najszybciej się ożenić. Punkt drugi - jak najszybciej spłodzić jak najwięcej potomków. Doprowadziło to już w tym momencie do potwornego przeludnienia kraju a jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni to będzie tylko gorzej. Indonezja oczywiście też jest bardzo przeludniona (zwłaszcza Jawa), ale przynajmniej temat rozmnażania nie pojawia się w rozmowie z każdym tubylcem poznanym na ulicy.

Kolejną ważną rzeczą jest podejście do kawy. W Indiach kawy się właściwie nie pija, tam króluje wszechobecna słodka herbata z mlekiem. Indonezja natomiast kawą stoi i kopi (tak po indonezyjsku nazywa się kawa) jest do dostania w każdej knajpie i budce z żarciem. Najsłynniejszą i najdroższą z tutejszych kaw jest kopi luwak, czyli gatunek wytwarzany z ziaren kawy wydalanych przez sympatyczne zwierzątko o nazwie cyweta. Cyweta żywi się między innymi owocami kawowca,ale nie trawi nasion tylko miąższ. Zwierzę jest ponoć wybredne i wybiera tylko najlepsze owoce, a dodatkowo po przejściu przez jego przewód pokarmowy zaparzone ziarna nabierają wyjątkowo delikatnego smaku. Miałem przyjemność skosztować kopi luwak odwiedziwszy w Yogyakarcie niejaką Emi, autorkę znakomitego bloga Emi w drodze. To zabawne, bo bardzo dużo informacji o Indonezji zaczerpnąłem właśnie z jej bloga (Emi mieszka tu już ponad dwa lata) a teraz mieliśmy okazję spotkać się twarzą w twarz na miejscu. Emi może wam sprzedać kopi luwak tutaj http://luwabica.com/.


Jawa kryje w sobie wiele niespodzianek. Oprócz wszechobecnych meczetów zdarzają się też świątynie hinduistyczne, ale największym zaskoczeniem był dla mnie Borobudur, czyli największa buddyjska stupa na świecie. Jest oddalona godzinę jazdy samochodem od Yogyakarty i stoi tam prawdopodobnie od IX wieku. Były to czasy kiedy Jawa była jeszcze pod wielkim wpływem myśli indyjskiej i buddyzm musiał być jedną z ważniejszych religii na wyspie. Swoją drogą, właśnie w okolicach IX wieku buddyzm zaczynał zanikać w samych Indiach, wypierany przez renesans hinduizmu a potem wojujący islam. Budowla ma 35 metrów wysokości i można obchodzić ją wokół, jednocześnie wspinając się coraz wyżej. W dolnej części znajduje się 2000 reliefów przedstawiających różne sceny z życia Buddy. Generalnie Borobudur dzieli się na trzy poziomy. Pierwszy, najniższy symbolizuje "świat żądz", czyli rzeczywistość większości ludzi żyjących w iluzji, że poprzez realizowanie różnego rodzaju zachcianek można osiągnąć szczęście.  Poziom drugi "świat form", to rzeczywistość praktykujących buddyzm, którzy widząc formy i przedmioty nie są do nich przywiązani. Najwyższy, trzeci poziom to "świat bez form", najdoskonalsza forma realizacji. Zarezerwowana dla istot oświeconych ;-) Przyznam szczerze, że chyba żadne miejsce jak dotąd nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Jest czyste, proste i piękne. Co ciekawe - przez kilkaset lat stało właściwie zapomniane, porośnięte dżunglą i pokryte popiołem z wybuchającego nierzadko w okolicy wulkanu Merapi. Kto je odkrył? Oczywiście Anglicy, podobnie jak wiele zabytków starożytnych Indii, które w XIX wieku dawno popadły w zapomnienie.


To już moje ostatnie chwile w Yogyakarcie. Jest tu na pewno ciszej i spokojniej niż Jakarcie, czuć jednak że jest to miejscowość turystyczna. Na głównej ulicy miasta wprost roi się od sklepów, sklepików i restauracyjek, nie brakuje też niestety naganiaczy. Najgorsi są lokalni kierowcy becaków, czyli tutejszych rowerowych riksz, którzy tylko czają się żeby wsadzić białego do swojego wehikułu, zawieźć gdziekolwiek i zażądać potem absurdalnie wysokiej ceny. Nie można przejść 100 metrów, żeby nie usłyszeć zaczepek w stylu "Hey, mister, where are you going, need transport?". Wszystko odbywa się oczywiście z uśmiechem i w miłej atmosferze, ale ja po prostu nie lubię czuć się zwierzyną łowną. A taki już mój feler, że w nowych miejscach najchętniej poruszam się piechotą - jest zdrowiej i na pewno więcej można zobaczyć.

Jutro z rana wyruszam do północny wschód. Najpierw 11-godzinna podróż autobusem przez drogi i bezdroża Jawy a potem wspinaczka na wulkan. Stay in touch ;-)

niedziela, 13 września 2015

Yogyakarta

Co to za kraj ta Indonezja? 17 tysięcy wysp, 300 grup etnicznych, 700 języków - trochę przypomina to Indie, trochę dawny ZSRR, trochę... Unię Europejską. Nie wszyscy obywatele Indonezji chcą być Indonezyjczykami - na przykład Papuasi z Nowej Gwinei chętnie utworzyliby swoje własne państwo. Większość jednak akceptuje zastałą sytuację, a także dominację Jawy jako wyspy gdzie znajduje się stolica, gdzie obraduje rząd i skąd na cały archipelag promieniuje pewien wzorzec kulturowy.

Nie będę tutaj udawał specjalisty od Jawy, bo pomimo wertowania internetu i przeczytania kilku książek na temat Indonezji moja wiedza jest wciąż szczątkowa. Podobno jednak kluczem do zrozumienia jawajskiej kultury jest wizyta w Yogyakarcie, czyli stolicy kulturalnej i artystycznej Indonezji. Yogya (jak pieszczotliwie nazywają ją mieszkańcy) przywitała mnie intensywnie - "taksówka", którą pojechałem do hotelu to nie był samochód a zwykły motocykl - tak zwany ojek - podstawowa forma transportu w mieście. Ruch wszystkostronny, prędkość niebagatelna a ja z tyłu motocykla z plecakiem z trudem łapię powietrze. Jak to śpiewał kiedyś Bauagan Mistrzów: "albo masz przygody, albo nie masz przygód".

Hotel tym razem wyjątkowo trafiony. Rumah Zen Homestay to po prostu zwykły dom położony w jednej z bocznych uliczek, ale urządzony w lekko "new age" stylu. Jest czysto, jest wygodnie, woda mineralna za darmo w dowolnych ilościach ale najlepsza jest łazienka - mój pokój ma po prostu dodatkowe, całkiem niemałe pomieszczenie bez dachu, gdzie zamontowano prysznic i kibelek. Wrażenie jest takie jakby brało się ten prysznic na wolnym powietrzu - fantastyczne uczucie. A prysznic bierze się często bo średnia temperatura to 35 stopni. Mam też w pokoju gekona, ale podobno to standard. W domu oprócz mnie mieszka jeszcze kilku białasów, ale raczej nie wchodzimy sobie w drogę - generalnie pewne rzeczy się nie zmieniają, biały człowiek w Azji kiedy widzi drugiego białego człowieka natychmiast odwraca się, przechodzi na drugą stronę ulicy, albo co najmniej zatapia wzrok w smartfonie. Naprawdę nie kumam o co w tym chodzi, ale Europejczyk w Azji chodzi nieustannie w wielkiej bańce mydlanej swojego indywidualizmu. Dotyczy to zwłaszcza przybyszów z tzw. Europy Zachodniej - czasami myślę, że oni po prostu zasługują na zagładę ;-)



Po co mi jednak nudni Szwedzi czy Holendrzy skoro jest tylu fajnych Indonezyjczyków? Dzięki Couchsurfingowi poznaję dziewczynę o imieniu Fadella (na zdjęciu druga z lewej) oraz jej zabawnych znajomych. W Yogyakarcie muzułmanki są bardziej widoczne niż w Jakarcie - większość dziewczyn nosi hijab. Fadella jest jedną z nich, jednak ze swojego hijabu jest dumna, żali mi się nawet, że kiedyś jakiś Australijczyk ją wyśmiał i powiedział, że ubiera się nieżyciowo. Pomimo tego co myśli się w Europie, wiele kobiet zakrywa się tutaj całkowicie dobrowolnie - jest to dla nich podkreślenie własnej religijności. A Fadella podchodzi do swojej wiary bardzo poważnie. Idziemy do knajpki o kontrowersyjnej nazwie SS - jest to skrót od Special Sambal (sambal to po prostu pikantny sos na bazie chilli). W trakcie lunchu Fadella nagle przeprasza mnie i mówi, że musi pójść się pomodlić - idzie do specjalnego pomieszczenia o nazwie musholla aby odprawić jedne z pięciu codziennych modłów. Robi to z taką samą naturalnością z jaką Polka poszłaby do toalety przypudrować nosek.


Centralnym miejscem Yogyakarty jest Kraton, czyli Pałac Sułtana. Jest to zespół budowli niesłychanie lekkich i eleganckich, przy okazji pokazujących wyjątkowy styl architektoniczny Jawy, czyli domy składające się z podłogi i sufitu, ale bez ścian. Sufit podtrzymują kolumny, dzięki czemu jest przewiewnie (ważne w tutejszym klimacie) a sułtan pewnie nie musiał obawiać się złodziei w obrębie swojej posesji. Jedną z głównych przyczyn dla których tutaj przyszedłem jest jednak gamelan - w pałacu odbywają się regularne koncerty, często w towarzystwie tancerek. Spełniam więc z nawiązką swoje plany na Indonezję - wszak dla gamelanu tu przyjechałem ;-) Koncert jest bardzo spokojny, powolny, gongi leniwie snują swoje melodie a do tego tancerki i tancerze poruszają się "z lekkością płynącej rzeki, niczym chmury sunące po niebie". W jawajskim tańcu można dostrzec zarówno wzorce tańców indyjskich, takich jak bharatanatyam jak i figury chińskiego tai chi. Skąd wpływy indyjskie w Indonezji? Generalnie między V a XV wiekiem kultura i cywilizacja Indii królowały na wyspach. Dominującymi religiami był buddyzm i hinduizm a rządzące Jawą dynastie mocno czerpały z wzorców z subkontynentu. Niezwykłe jest to, że pomimo iż od kilkuset lat w Indonezji niepodzielnie rządzi islam, wciąż widać mnóstwo indyjskich wpływów. Dość powiedzieć, że w Yogyakarcie regularnie można obejrzeć Ramayanę wystawianą w formie teatru tańca z akompaniamentem gamelanu. Zresztą miałem przyjemność to zobaczyć - znakomicie pokazuje fuzję dwóch kultur. Gamelan dzwoni, pani śpiewa po jawajsku, a na scenie Rama, Sita, Hanuman i inni po raz kolejny odgrywają jedną z najbardziej kultowych opowieści w historii ludzkości.


sobota, 12 września 2015

Jakarta/Dżakarta, albo życie to surfing

Każdy przewodnik po Indonezji mówi, żeby unikać Jakarty (czy też Dżakarty, jakoś nie może mi ta druga wersja przejść przez klawiaturę). Straszą, że korki, że brud, że nie ma chodników, że zero zabytków, koszmar normalnie. Podobnie pisze się o indyjskim Delhi, a jest to jednakowoż chyba moje ulubione miasto w Indiach. Żeby docenić Delhi albo Jakartę trzeba po prostu być miłośnikiem wielkich azjatyckich miast, bo są to MIASTA przez wielkie M, nie zapyziałe dziury jak europejskie miasteczka ;-) Tutaj miliony ludzi jednocześnie próbuje załatwić swoje interesy, pojazdy wszelkiej maści jadą naraz we wszystkie strony świata, uliczni handlarze zarabiają na miskę żarcia, zapachy egzotycznych przypraw mieszają się ze smrodem spalin i brudu. I tak jest właściwie 24 godziny na dobę. Dla mnie każde takie miasto to wyzwanie - chcę opanować lokalny system transportu, dowiedzieć się gdzie najlepiej i najtaniej zjeść, poznać trochę ludzi, pogadać o ich życiu. Taki trochę miejski surfing, tylko nie po falach oceanu a po wielkich miejskich arteriach. Zieleń, przyroda, wiejska cisza? Sorry, ale po taki zestaw wrażeń to ja sobie mogę pojechać w Góry Świętokrzyskie. Co nie znaczy, że zieleni, ciszy i spokoju nie lubię - po prostu podoba mi się i to i to.

A przy okazji porada od buddysty dla buddyjskich kolegów/koleżanek. Nie ma lepszej okazji na medytację niż w trakcie przechodzenia przez ulicę w Jakarcie (albo Delhi, Mumbaju itp.). Nie ma lepszej motywacji do bycia tylko TU i TERAZ kiedy przechodzisz przez jezdnię na której w obie strony zasuwa potok samochodów, motocykli i riksz. Czasami są to na przykład 3 pasy ruchu w każdą stronę a NIKT nie zatrzymuje się dla pieszego. Lokalna ludność po prostu wchodzi i z pełnym spokojem manewruje między samochodami, które też tak naprawdę uważają żeby nikogo nie potrącić. To wymaga pewnej wprawy i zimnej krwi, kiedy już się jednak człowiek tego nauczy to daje ogromną satysfakcję. Polecam jako formę medytacji z całkowitą powagą.

Podczas pobytu w Indonezji postanowiłem jak najwięcej korzystać z Couchsurfingu. Pewnie każdy wie co to takiego, ale na wszelki wypadek - to międzynarodowy portal służący do poznawania ludzi w krajach, które się odwiedza. Nie jest to portal randkowy (choć różnie to czasami bywa ;-)), chodzi bardziej o to, żeby poznać ludzi, którzy chcą oprowadzić cię po swoim mieście, pokazać lokalne atrakcje, także z mniej turystycznej strony. Wielu "tubylców" proponuje też nocleg, co daje okazję poznania danej kultury jeszcze bliżej - kilkukrotnie korzystałem z tego w Iranie, dzięki czemu miałem możliwość zobaczyć jak Irańczycy żyją na co dzień. Bywa to też oczywiście nieco upierdliwe, bo czasami ma się ochotę pobyć samemu, a często couchsurfingowy gospodarz (zwłaszcza w krajach muzułmańskich) ma poczucie, że powinien zajmować się swoim gościem od świtu do nocy. Tak więc w Indonezji na razie śpię w hotelach, a z "gospodarzami" spotykam się w mieście. Zamieściłem "ogłoszenie", że chętnie spotkam się z kimś na kawę i czekałem na odpowiedź, licząc po cichu, że może ze dwie osoby zareagują. W ciągu dwóch dni dostałem 35 zaproszeń...

Swego czasu miałem przyjemność wraz z zespołem Pustki występować w Teatrze Rozmaitości, grając w sztuce "Cokolwiek się zdarzy, kocham cię". W jednej ze scen bohater grany przez Rafała Maćkowiaka próbuje poderwać Magdę (w tej roli Agnieszka Podsiadlik). Nie wie jeszcze, że Magda jest lesbijką. Ona próbuje mu to wytłumaczyć mówiąc: "Bo wiesz... Ja wolę dziewczyny". "Od chłopaków?" - nie może uwierzyć Rafał. No więc ja też wolę dziewczyny od chłopaków i w Jakarcie spośród tych 35 zaproszeń postanowiłem wybrać zaproszenia od dziewczyn ;-)

Dzięki temu poznałem Lidię, Astrid i Laras. Lidia studiuje na Uniwersytecie Jakarckim stosunki międzynarodowe i myśli o karierze dyplomatki. Na razie rusza na staż do sułtanatu Brunei ale marzy jej się praca w Holandii. Nie jest to jednak łatwe - Holendrzy niechętnie przyznają Indonezyjczykom wizy, mimo tego, że była to kiedyś ich kolonia. Poszliśmy na kawę do dzielnicy Kota, gdzie jest najwięcej postkolonialnych zabytków, między innymi pozostałości więzienia, gdzie można zobaczyć celę wysoką na metr, w której trzymano po 30 osób jednocześnie. Wypytuję Lidię o to dlaczego niektóre Indonezyjki noszą chusty na włosach a niektóre nie - tłumaczy mi, że w Indonezji każdy może ubierać się tak jak chce, mimo tego, że zdecydowana większość obywateli (około 200 milionów) to muzułmanie, nie ma żadnego oficjalnego dress codu. Mamy też okazję zaznać legendarnych miejskich korków - chcąc podjechać kawałek autobusem utkwiliśmy na jakieś 50 minut w drodze z jednego na drugi przystanek... Autobusy mają wściekle klimatyzowane i przez moment bałem się, że w tym równikowym kraju zejdę na zapalenie płuc. Przy tej okazji proszę Lidię, żeby pouczyła mnie trochę języka indonezyjskiego. Jest zaskakująco prosty - czasowniki nie odmieniają się przez rodzaj ani liczbę, nie zaznacza się też czasu. Wszystkiego da domyśleć się z kontekstu. Można? Można.

Astrid pracuje w tutejszej telewizji, gdzie produkuje lekki program o lajfstajlu. Zwiedzamy wspólnie centrum miasta, w tym legendarny Monument Nasjonal (w skrócie Monas), symbol niepodległości Indonezji. Zabiera mnie też na tour po lokalnym żarciu. Generalnie w Indonezji je się na ulicy - wzdłuż chodnika stoją panowie i panie, każde z nich ze swoim małym kramikiem, w którym pichcą lokalne przysmaki. Zjadamy absolutnie wyśmienite sate padang. Są to małe szaszłyki z wołowiny, z dodatkiem sosu składającego się z rozgotowanej mąki ryżowej oraz przypraw takich jak czosnek, imbir, kolendra, kmin rzymski, sól i kurkuma. Smakuje obłędnie. Astrid jest mega miła, bardzo ciekawa świata, chciałaby podróżować, ale znowu wszytko rozbija się o wizę - nie zdajemy sobie sprawy jak trudno ludziom z azjatyckich krajów dostać się np. do Europy.

Wieczorem widzę się jeszcze z Laras, która pracuje jako doradca podatkowy. Mieszka pod Jakartą i CODZIENNIE (poza weekendami) musi wstać o 4.30., żeby dojechać na czas do pracy w centrum. Pracę kończy około 19.00., idzie coś zjeść na mieście i znowu wraca do siebie, by położyć się spać około 23.00. Idziemy razem na jedzenie, tym razem lądujemy w ulicznym punkcie serwującym soto ayam czyli rosołek z makaronem zrobiony na kurzych stópkach. Pierwszy raz w życiu miałem okazję ogryzać skórę z kurzych stóp - nie do końca rozumiem co chodzi z tym wynalazkiem, ale faktem jest, że wszyscy w Azji Południowo - Wschodniej je uwielbiają.



Następnego dnia żegnam Jakartę z żalem. Będę chciał jeszcze kiedyś tu wrócić. Bladym świtem ruszam na stację kolejową Gambir. Taksówkarz oczywiście próbuje orżnąć mnie na kasę (to też typowe dla Azji), ale jestem tak niewyspany, że nawet się już nie buntuję tylko płacę o 10 000 rupii (3 złote) więcej niż powinienem. Ruszam w głąb Jawy, do miejscowości Yogyakarta - kulturalnego centrum tutejszej cywilizacji.


czwartek, 10 września 2015

Dlaczego Indonezja?

Nie będzie wielką tajemnicą kiedy powiem, że uwielbiam jeździć do Azji. Jest w tym kontynencie coś wyjątkowego, magicznego, coś co powoduje, że mam wrażenie iż życie tutaj toczy się BARDZIEJ. Po czterech wizytach w Indiach postanowiłem tym razem spróbować czegoś nowego i dlatego pewnego czerwcowego popołudnia kupiłem bilet lotniczy do Indonezji.

Indonezja zawsze była na liście krajów, które chciałem koniecznie odwiedzić. W sumie nie wiem do końca dlaczego - chyba decydującym czynnikiem była tu muzyka i niezwykłe dźwięki gamelanu. Gamelan to rodzaj indonezyjskiego zespołu muzyki tradycyjnej, na który składa się zestaw gongów, bębnów i instrumentów strunowych. Brzmi nieziemsko - nie przypomina to w zasadzie niczego innego i miłośnika niezwykłych dźwięków wciąga po uszy. Pierwszy raz miałem okazję usłyszeć gamelan na płycie, którą kupiłem sobie "w ciemno" jakoś w 2003 roku w jednym z londyńskich sklepów muzycznych. Tak, to były jeszcze te zabawne czasy, kiedy jeśli chciało się czegoś posłuchać to trzeba było za to zapłacić, lol.

Drugim powodem dla którego chciałem odwiedzić Indonezję jest to, że jest to w tym momencie de facto najludniejsze muzułmańskie państwo na świecie - realizując przy tym islam w raczej "świecki", zdroworozsądkowy sposób, podobnie jak Turcja. Chciałem zobaczyć jak to działa i jak wygląda islam przepuszczony przez kulturę i wrażliwość mieszkańców tak odległej od arabskiego matecznika cywilizacji. Tym bardziej, że wcześniej na tych terenach królował buddyzm i hinduizm a jeszcze wcześniej klasyczny animizm. Mądrzy ludzie mówią, że indonezyjski islam jest jak cebula - zdejmujesz wierzchnią warstwę a tam pod spodem już machają rączką tradycyjne wierzenia w duchy przodków, w różnorakich bogów oraz w magiczne siły natury.

Myślę, że to dobre powody, tym bardziej, że dla 90% przyjeżdżających tu białych Indonezja to kraj gdzie po prostu można tanio wylegiwać się na plaży z browarem albo surfować po wyjątkowo tu ponoć sprzyjających falach oceanu :-)

Indonezja jest daleko - jakieś 14 000 kilometrów od Polski, według Google można tę trasę zrobić pieszo w 2628 godzin. Ja na szczęście wybrałem samolot - kilkanaście godzin w powietrzu i jest się na miejscu. Po raz kolejny zadziwiony jestem jak transport lotniczy zmniejszył świat - we wtorek rano jestem jeszcze na lotnisku Tegel w Berlinie, po czym wsiadam na pokład, ucinam sobie kilkugodzinną drzemkę i oto nagle znajduję się w Abu Dhabi, stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tam przerwa regeneracyjna na prysznic, obiad i kawę i zaraz kolejny lot do Jakarty. Znowu parę godzin drzemki i ląduję w stolicy kraju, który graniczy z Australią a z Polską ma wspólną tylko biało-czerwoną flagę - tylko, że u nich czerwień jest na górze a biel na dole.

Na lotnisku w Jakarcie dreszczyk emocji - Indonezja to kraj, w którym posiadanie jakiejkolwiek ilości narkotyków, nawet miękkich, jest bezwarunkowo karane śmiercią. Dodam, że jest to śmierć przez rozstrzelanie. Co zabawne - podobno grzybki halucynogenne się nie liczą ;-) Nie żebym coś próbował szmuglować - ale słyszy się o sytuacjach kiedy do bagażu dziwni ludzie podrzucają dziwne pakunki. Na szczęście jestem "czysty" i mogę wyjść z klimatyzowanego budynku na 35-stopniowy upał indonezyjskiej stolicy.

Jestem umówiony z kierowcą z hotelu, w którym spędzę pierwsze dwie noce. Uważam, że po dobie spędzonej w samolocie i na lotniskach mogę pozwolić sobie na tę odrobinę luksusu, tym bardziej że przejazd kosztuje w przybliżeniu tyle samo co kurs taksówką z centrum Warszawy na Okęcie. Sympatyczny chłopak o imieniu Amsori (sic!) pewnie przedziera się przez potwornie zatłoczone miasto - w Jakarcie mieszka około 10 milionów ludzi a komunikacja miejska jest niestety wyjątkowo mało wydajna (nie ma nawet jednej linii metra!). Słyszałem straszne historie o tutejszych korkach -powiem jednak, że nie jest dużo gorzej niż na przykład w Bombaju. Wiadomo - setki samochodów, ciężarówek, motocykli, rowerzystów i pieszych jedzie jednocześnie wąską drogą nie przestrzegając żadnych przepisów - azjatycka normalka :-) Nie no, zasada ruchu drogowego jest jedna - większy samochód ma zawsze pierwszeństwo.

W Jakarcie mieszkam w chińskiej dzielnicy Glodok. Jest to podobno jedno z największych Chinatowns na świecie - wszędzie małe sklepiki z klasycznym mydłem i powidłem, pirackimi płytami DVD, ciuchami i czymkolwiek co przyjdzie wam do głowy. Mnie głównie interesują oczywiście knajpki - nie przepuszczę okazji, żeby zjeść coś autentycznie chińskiego. W końcu decyduję się na kompromis - nasi campur w lokalu o uroczej nazwie Santong Kuo Tieh 68. Nasi campur to indonezyjski klasyk, smażony ryż z mieszanką grilowanych mięs i warzyw. Biorę go jednak w wersji Nasi Campur Tionghoa, czyli "po chińsku". Chińskość polega na tym, że mięso jest wieprzowe- to nietypowe dla Indonezji, gdzie muzułmańska większość wieprzowiny nie jada. Żarcie smakuje wyśmienicie - różne rodzaje mięs, mnogość sosów, wszystko jeszcze obficie doprawione świeżym czosnkiem. Cena 10 PLN. Mam taką osobistą teorię, że dopiero po pierwszym obiedzie w lokalnej jadłodajni można powiedzieć, że naprawdę dotarło się do obcego kraju. Teraz wreszcie czas na porządny sen - od jutra zwiedzanie Jakarty na całego.

A tak wygląda Nasi Campur Tionghoa (fotka z Wikipedii).


poniedziałek, 5 maja 2014

Gruzja

To był bodajże 2002 rok. Wraz z moim serdecznym przyjacielem Andrzejem "Kwiatkiem" Kwiatkowskim rozpoczynaliśmy kolejną edycję Projektu X, cyklu improwizowanych spotkań muzycznych, które odbywały się podówczas regularnie w legendarnym klubie Jazzgot. Pamiętam, że na scenie byłem ja, Kwiatek i jeszcze niejaki Tomecki, aktualnie realizator dźwięku w kolejnym przechodzącym już do legendy klubie Powiększenie. Coś tam sobie graliśmy, szło raz lepiej raz gorzej, kiedy w klubie pojawili się oni. Czterech wielkich chłopaków i jedna dziewczyna. Gadali do siebie dosyć głośno w kompletnie nieznanym mi języku, zamówili ogromne ilości piwa, po czym jeden z nich podszedł do mnie i śpiewną polszczyzną zapytał: "Możemy z wami zagrać?".

Ten człowiek nazywał się Zaza Korinteli i był Gruzinem. Tego wieczora zagraliśmy szalone jam session, w trakcie którego jazzowe dźwięki zmieszane były w mniej więcej równych proporcjach z gruzińską muzyką ludową - kompletnie dla mnie wówczas nieznaną. Kto zresztą wtedy słyszał o Gruzji? Nie było jeszcze książki Marcina Mellera "Gaumardżos" a Wizzair nie latał do Kutaisi za 200 złotych w obie strony. Zresztą nie było chyba wtedy nawet bezpośrednich lotów między Polską a Gruzją - trzeba było jechać pociągiem do Kijowa i dopiero stamtąd było połączenie. Tak czy siak - z Zazą i jego polską żoną Magdą spędziliśmy wtedy kilkanaście uroczych dni w Warszawie, biesiadując przy winie i racząc się nieznanymi mi wcześniej potrawami, takimi jak kurczak z orzechami włoskimi i owocami granatu. Zaza nauczył mnie gruzińskiego alfabetu, pokazał czym jest wódka z winogron (tak zwana "czacza") oraz silnie zainspirował do odwiedzenia swojej ojczyzny. Zapisałem się wtedy nawet na kurs gruzińskiego na UW - jednym słowem, zostałem fanem tego kaukaskiego kraju zanim stało się to modne :-)

granica Armenii i Gruzji

Nie wiem jak to się stało, ale dotarłem do Gruzji po raz pierwszy dopiero w 2011 roku. To były szalone trzy tygodnie, pełne niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, górskich wędrówek, morskich kąpieli i niebagatelnych ilości wypitego alkoholu. Teraz, kiedy przekraczałem gruzińską granicę po raz kolejny, czułem wzruszenie - Armenia była piękna, spotkałem tam wielu fantastycznych ludzi, ale Gruzja miała jednak specjalne miejsce w moim sercu. Do Tbilisi przyjechałem w towarzystwie sympatycznego, acz mrukliwego Portugalczyka o imieniu Luis. Spotkaliśmy się w hostelu w Erewaniu i spędziliśmy razem właściwie cały czas, który poświęciłem Armenii. Była to dla mnie dobra okazja, żeby od czasu do czasu podszlifować portugalski, ale też dowiedzieć się czegoś więcej na temat mojego drugiego ulubionego kraju na świecie. Dla Luisa byłem natomiast nieocenionym przewodnikiem, albowiem z języka rosyjskiego znał on tylko słowa "da" i "haraszo", co nie ułatwiało mu życia w mocno rosyjskojęzycznej Armenii. W trakcie podróży do Gruzji była z nami też Rosjanka Tatiana, która samotnie podróżowała po okolicy - ona z kolei w niezrównany sposób negocjowała ceny taksówek, w bezlitosny sposób wykłócając się o każdego drama (w Armenii) i o każde lari (w Gruzji). Kierowcy próbowali nas oczywiście troszkę oszukać, zwłaszcza po gruzińskiej stronie granicy. Bystry posiadacz czerwonej łady chciał najpierw wysadzić nas w połowie drogi, sugerując przesiadkę do marszrutki, a później usiłował  zatrzymać się minutę po przekroczeniu granicy miasta. Ona popatrzyła tylko na niego swoimi lodowatymi, niebieskimi oczami spod pukla blond włosów i powiedziała: "Nie, nie, nie. Skoro wziąłeś od nas 24 lari, żeby zabrać nas z granicy do którejś stacji metra w Tbilisi, to tak właśnie zrobisz. Proszę się nie wygłupiać i natychmiast jechać". Chłopak zrobił minę zbitego psa i dowiózł nas do metra. Sam bym się przestraszył.

Tatiana i ormiański kierowca taksówki

Kiedy dotarliśmy w końcu do Tbilisi, Luis zabrał mnie do absolutnie wyjątkowego hostelu, o nazwie Hotel Georgia, mieszczącego się w dosyć obskurnej części miasta, nieopodal dworca kolejowego. Miejsce mocno skojarzyło mi się z warszawską Pragą - stare sklepy, tynk odłażący ze ścian budynków, mieszkańcy w różnych stadiach kaca. No i w samym środku tego wszystkiego - hotelik prowadzony przez młodego, długowłosego Japończyka (!), który serwował co wieczór za darmo (!) zupę i pasjami słuchał post-rocka z małego odtwarzacza, który postawił sobie na recepcji. Hotel w stylu do-it-yourself. Pralka, w której samemu można sobie nastawić pranie, czajnik do przyrządzania wody na kawę i herbatę, lodówka na produkty żywnościowe - generalnie można było poczuć się jak u siebie w domu. Warunki może niezbyt komfortowe (jeden prysznic dla wszystkich gości), ale atmosfera niezrównana. Gdyby nie to, że byłem zaproszony też do dwóch innych miejsc w Tbilisi, zostałbym tam dłużej.

koledzy z Erewania - Bohdan z Ukrainy i Luis z Portugalii

Wizyta w mieście bez wizyty w hostelu Opera nie miałaby większego sensu. Opera prowadzona jest przez pochodzącego z Rzeszowa Polaka o imieniu Kuba, oraz jego żonę, Mananę, która jest pół-Polką, pół- Gruzinką. Interes ewidentnie im się kręci, połowa Polaków nocujących w Tbilisi zatrzymuje się właśnie u nich. To właśnie dzięki Kubie mój poprzedni wyjazd do Gruzji był tak udany - dzięki splotowi różnych dziwnych przypadków przemierzyliśmy jego jeepem pół kraju i odwiedziliśmy miejsca, do których nawet nie przyszłoby mi do głowy zajechać. Akurat kiedy wpadłem do ich hotelu miały tam miejsce warsztaty dotyczące praw człowieka, na które zjechało się kilkadziesiąt osób z całej Europy - głównie z Turcji, Grecji i Ukrainy, ale było też kilku Szwedów i parę dziewczyn z Łotwy. Oczywiście wszystko skończyło się wielką imprezą do białego rana, przy winie, czaczy i szaszłykach - czyli, można powiedzieć - gruziński standard.

ja, Ania i Artur

Miałem też niewątpliwą przyjemność zamieszkać przez kilka dni u kolegi ze studiów, Artura Barysa, oraz jego żony Ani. Artur mieszka sobie w Tbilisi i zajmuje się tłumaczeniami - wszystkie teksty w języku angielskim, które czytacie w programie OFF Festiwalu są właśnie jego autorstwa. Ania uczy w prywatnej szkole a poza tym świetnie gotuje - jej ciasto jabłkowo - kokosowe będę pamiętał do końca życia. Dobrze jest mieszkać u filologa zakręconego na punkcie egzotycznych języków - mogliśmy rozmawiać godzinami o fonologii języka gruzińskiego, specyfice konstrukcji ergatywnej w hindi oraz przypadkach w języku węgierskim i nikt się nie nudził :-)

Ten wyjazd to przede wszystkim spotkania. Wyjeżdżając bałem się samotności, i faktycznie były momenty, w których czułem się trochę samotny. Zwłaszcza w Goa, kiedy miałem wrażenie, że dotarłem do jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi, i nie miałem z kim tego uczucia dzielić. Zazwyczaj jednak byłem otoczony przez fantastycznych ludzi. W Delhi, w Kerali, w trakcie treningu Vipassany, przez cały pobyt w Iranie, Armenii i Gruzji. Wystarczyło zagadać, uśmiechnąć się i zaraz znajdowali się towarzysze na kilka minut, kilka godzin, czasem kilka dni. Niedługo wracam do Polski i prześladuje mnie taka myśl, że nigdy nie poznałem w tak krótkim czasie tylu świetnych ludzi, których prawdopodobnie już nigdy więcej nie spotkam.

na sam koniec podróży - piję Wasze zdrowie, z gruzińskim 'gagimardżos'




czwartek, 1 maja 2014

Armenia

Od dziecka fascynowały mnie mapy. W czasach wczesnej podstawówki większość wolnego czasu spędzałem grając w piłkę na podwórku albo wpatrując się w atlas świata. Na pierwszą komunię dostałem też wielki globus, który stanowił nieustającą pożywkę dla mojej wyobraźni. Piłkarzem nie zostałem, ale jeżdżąc po świecie spełniam swoje dziecięce marzenia - mogę postawić stopę w miejscach, które kiedyś stanowiły tylko egotyczne nazwy na mapie. Jedną z rzeczy, która zawsze mnie intrygowała, było to, gdzie kończy się Europa a gdzie zaczyna Azja. Bo z Afryką, Australią czy Amerykami sprawa właściwie jest jasna - granice widać gołym okiem. Europa to bardziej ulotne pojęcie - samo funkcjonowanie Europy jako kontynentu to właściwie tylko i wyłącznie efekt naszego europocentryzmu - geograficznie mamy do czynienia z wielkim kontynentem Eurazji. Przyznam się szczerze - jednym z głównych powodów wyboru takiego a nie innego szlaku podróży, była możliwość przekroczenia granicy Iranu i Armenii lądem. To miejsce wydaje mi się wyjątkowo kluczowe - w przeciągu kilku minut przekraczamy granice dwóch wielkich cywilizacji - typowo azjatyckiego świata islamu i cywilizacji europejskiej, chrześcijańskiej.

Różnice widać natychmiast. Nie są one jednak specjalnie korzystne dla naszego kontynentu. W Iranie jedziemy trzypasmową, równą autostradą, mijając zadbane, porządne wioski i miasteczka. Po przekroczeniu granicy zaczyna się dramat. Szosa, która stanowi główną drogę z południa na północ Armenii przypomina podrzędne ulice łączące wsie w województwie kieleckim. Dziura za dziurą, asfalt w stanie rozpaczliwego rozkładu, a przy drodze nieliczne, liche chatynki na tle ciemnego bezkresu. Irański kierowca co chwilę wybuchał śmiechem, kiedy na samym środku drogi pojawiała się dziura, w której mniejszy samochód straciłby pewnie koła. Był to śmiech niedowierzania - jak można doprowadzić do czegoś takiego i nic z tym nie zrobić? Raz już doświadczyłem czegoś podobnego - wjeżdżając z Turcji do Bułgarii - było to więc doświadczenie w stylu deja vu.

w Armenii ciepło wspomina się czasy ZSRR

Inne są też oczywiście dziewczyny. Przez pierwszy dzień w Armenii miałem wrażenie, że chodzą one nago - zniknęły wszystkie czadory, płaszczyki i dżinsy a zamiast nich pojawiły się koszulki na ramiączkach i spódniczki mini. Ormianki noszą też bardzo długie, piękne włosy, które z dumą prezentują światu - rzecz nie do pomyślenia w Iranie. Dużo jest też nocnych klubów i oczywiście barów z alkoholem - kolejna ogromna różnica w porównaniu z Iranem i Indiami. Tak jakby wraz z wejściem do świata kultury chrześcijańskiej normy moralne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie - oto jesteśmy w rzeczywistości, w której faceci muszą być twardzielami-maczo z nieodłącznym szlugiem i kieliszkiem wódki w dłoni a dziewczyny są niczym więcej niż tylko obiektem seksualnym. Oczywiście w chwilach, w których nie gotują i nie zajmują się domem. Przed wjazdem do Iranu rozmawiałem z pewną Francuzką, która powiedziała mi, że nigdy nie pojechałaby do tego kraju, bo tam mężczyźni bardzo źle traktują kobiety. Muszę przyznać, że nigdzie na świecie nie widziałem tylu radosnych, uśmiechniętych i spokojnie pewnych siebie kobiet jak w Iranie. To prawda - muszą nosić chusty i czasami ich prawa publiczne są ograniczone, ale zdecydowanie nie sprawiają wrażenia nieszczęśliwych. Wcześnie wychodzą za mąż (większość około 21-22 roku życia), wchodzą w klasyczną rolę matek zajmujących się domem a zadaniem facetów jest zapewnianie im dobrego życia. Kobiety są powszechnie szanowane i widać, że czują się niezwykle bezpiecznie. Nie chcę oceniać i gloryfikować tutaj tego typu relacjo damsko - męskich - dawno jednak nie odczułem tak mocno różnicy w energii kobiet. W Iranie jest ona ciepła, spokojna, pozytywna, w Armenii kobiety sprawiają wrażenie sfrustrowanych kłębków nerwów. Przepiękne dziewczyny, mające jednak w oczach rodzaj przejmującej rozpaczy.

Armenia to kraj pięknych, bardzo starych kościołów

Trzeba jednak przyznać, że Armenia posiada jeden, niezaprzeczalny skarb - przyrodę. Wjechaliśmy o świcie i musiałem mocno walczyć z sennością, ale krajobrazy, które widać było z okien autobusu zapierały dech w piersiach. Wszędzie po horyzont zielone góry i pagórki, droga wijąca się serpentynami, rwące potoki, szybujące ptaki - jeśli kiedykolwiek wyobrażałem sobie jak może wyglądać raj, to właśnie tego typu obraz pojawiał się w mojej głowie. Tak wygląda jakieś 80% kraju - oprócz tego jest kilka miast, na których odcisnęło się mocno piętno sowieckiej Rosji - rajska dolina, a w niej regularne blokowisko, które wygląda tak absurdalnie w tych okolicznościach przyrody, że jest to nawet na swój sposób fascynujące. Stolica Armenii, Erewań, jest nawet ładnym miastem, aczkolwiek również w dosyć perwersyjny sposób. Wielkie place, ogromne ulice, gmaszyska mające na celu robić wrażenie samym swoim rozmiarem - coś na kształt naszego Pałacu Kultury.

przyroda w Armenii

Kiedy autobus dojeżdża do granicy irańsko-armeńskiej, wszyscy pasażerowie muszą wysiąść i po otrzymaniu wyjazdowego stempelka od straży granicznej, idzie się do Armenii pieszo. Należy przejść ogromny most, rozciągnięty nad rzeką, która dzieli dwa państwa, dwa światy, dwie cywilizacje. Kiedyś była to dodatkowo granica, za którą rozciągał się bezkresny Związek Radziecki. Jest czwarta rano, noc powoli zmienia się w dzień, przede mną rozciąga się górski krajobraz, od którego zaczyna się inna rzeczywistość. Po otrzymaniu kolejnego, tym razem armeńskiego stempelka stałem na ciemnym parkingu i podbiegły do mnie trzy bezpańskie psy. Łasiły się przez chwilę a ja zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy widzę psy, które nie boją się człowieka. W cywilizacji islamu pies jest zwierzęciem nieczystym, niechcianym, kompletnie nieobecnym. Pomyślałem sobie wtedy, że Europa to miejsce, w którym zaczynają się psy.

sobota, 26 kwietnia 2014

z Rasht do Tabriz

Jestem w podróży od ponad dwóch miesięcy, odwiedziłem dopiero dwa kraje, ale miałem okazję doświadczyć już 5 różnych języków i przynajmniej trzech różnych alfabetów. Na północy Indii mówi się w hindi i pisze alfabetem devanagari (który na szczęście znam) ale na południu dochodzi malajalam i tamilski (oraz ich odpowiednie alfabety). W Bombaju jest jeszcze marathi, który też ma swój własny zapis, ale nawet nie podejmowałem się go zgłębiać - na szczęście Bombajczycy powszechnie posługują się angielskim i hindi. W Iranie jest niby głównie język perski (zapisywany nieznanym mi pismem arabskim), ale w Tabrizie, gdzie właśnie wylądowałem, mieszkają Azerowie i mówi się zasadniczo po turecku. Przede mną Armenia (kolejny język, kolejny alfabet) a potem Gruzja (kolejny język, kolejny alfabet). W tych krajach mówi się również po rosyjsku, zapisywanym w jeszcze innym alfabecie. Szaleństwo! Zwłaszcza w Iranie jest ciężko, bo większość ludzi zna tylko i wyłącznie perski, w knajpach menu jest tylko w arabskich literkach, podobnie wygląda sytuacja z rozkładami jazdy na dworcach autobusowych (jeśli w ogóle są) i generalnie rzecz biorąc z wszystkimi informacjami. W dodatku internet zazwyczaj nie działa a jeśli nawet działa to połowa stron jest ocenzurowana - ciężko się czegokolwiek dowiedzieć. Trzeba się szybko uczyć - wczoraj jadąc taksówką przez Tabriz odbyłem prostą, ale w miarę płynną rozmowę z kierowcą po persku - po prostu czasami nie ma wyjścia, kiedy twój rozmówca nie zna nawet słów takich jak "yes" czy "no" - musisz wyjść mu naprzeciw. Zabawne było to, że dla nas obu perski był językiem obcym - pomimo tego, że wciąż byliśmy w Iranie. W tej części kraju turecki panuje jednak w sposób niepodzielny.

W Tabrizie mieszkam u sympatycznego Azera, który prowadzi małą restauracyjkę - wczoraj spędziłem w niej pół dnia, poznając zarówno stałych klientów jak i przypadkowych gości. Chłopak przedstawia się jako "Johny" i ewidentnie ogląda bardzo dużo amerykańskiego kina, bo mówi po angielsku z silnym akcentem wziętym prosto z filmów Tarantino. Podobnie zresztą jak jego koledzy. Czułem się trochę jak w środku filmu "Brooklyn Boogie" Wanga - kto oglądał ten wie o czym mówię. Pizzeria przez kilka godzin stanowiła mały wszechświat, w którym od czasu do czasu lądowali podróżnicy z innych planet. Było zabawnie, kiedy wpadali kumple Johny'ego o typowo azerskiej urodzie i witali mnie tekstami w stylu "So you are staying with this motherfucker? Good choice bro, he makes the best fucking pizza in the town".

Wieczorem Johny wyciągnął mnie na rodzinną imprezę, gdzie miałem niewątpliwą przyjemność zaznać azerskiej gościnności - konsumowano wódkę, ryż, oraz smażone baranie jądra (serio!). Ojciec Johny'ego jest w połowie Rosjaninem, jego przodkowie byli posiadaczami ziemskimi, którzy stracili wszystko po rewolucji bolszewickiej - w związku z tym nienawidzi Lenina bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Nie przepada też za islamem - musiałem wypić z nim wielką szklankę wódki "za ateizm". Jego wiedza na temat Polski była typowa dla Iranu - kojarzył tylko dwie osoby - Lecha Wałęsę (jego zdrowie też musiałem wypić) i Roberta Lewandowskiego. Pytał też czy nie jestem Żydem -  w Iranie powszechnie uważa się, że w Polsce musi mieszkać mnóstwo Żydów, bo przecież w czasie drugiej wojny światowej Hitler postanowił się z nimi rozprawić właśnie u nas. Od pierwszego dnia pobytu mam zresztą ksywkę "Szimon Peres" - wszystkich niezwykle bawi moje żydowskie imię. Po kolejnych rozmowach i toastach zaczęła się zabawa - wszyscy obecni (w tym - dziadek, babcia, wujek, ciocia itd.) tańczyli do zestawu hitów w stylu "Waka waka" oraz "Coco Jumbo" - a wszystko to w muzułmańskim Iranie. Życie nie szczędzi niespodzianek.

Przed Tabrizem byłem jeszcze przez kilka dni w mieście Rasht nad Morzem Kaspijskim - to kolejny odrębny region Iranu, nazywa się Gilan, mówi się tam w języku gilati a krajobrazy przypominają Gruzję - tylko, że momentami jest jeszcze ładniej. Zielone pagórki, drewniane wioseczki, prości rolnicy, babki w chustach identycznych jakie noszą starsze kobiety w Polsce - po prostu rustykalna sielanka. W tym regionie ludzie podobno standardowo dożywają ponad setki a był nawet taki zawodnik, który dożył 150 lat. Kuchnia też inna niż na południu - mniej kebaba, więcej świeżych warzyw i zaporowe ilości czosnku. Być może ten czosnek stanowi sekret długowieczności, he he. Rasht słynie z dosyć wilgotnego klimatu, często tu pada, co stanowi wielką atrakcję dla mieszkańców pustynnych regionów Iranu - przyjeżdżają tu całe wycieczki, żeby doświadczyć deszczu. Przyznacie, że nie jest to być może specjalnie zachęcająca perspektywa dla Europejczyków, ale tak czy siak Gilan naprawdę warto odwiedzić. Nie wiem na czym to polega, ale panuje tu zdecydowanie bardziej zrelaksowana atmosfera niż na południu - nie tylko powietrze jest świeże, ale również w relacjach międzyludzkich czuć większy powiew wolności.

złota perska "młodzież" - pierwszy z prawej - Milad
W Rasht zatrzymałem się u Milada, który jest klasycznym bon-vivantem - ma 31 lat ale wciąż mieszka z rodzicami i bynajmniej nie planuje życiowej stabilizacji. Milad pracuje jako grafik komputerowy, jednoznacznie deklaruje się jako niewierzący i głównie interesują go podróże i dziewczyny. Jeździmy bardzo szybko po mieście samochodem, co chwilę spotykając jakichś jego znajomych bądź znajome, wpadając do knajpek na herbatę albo po prostu spacerując po centrum Rasht. Wszyscy jego kumple są przystojni, dobrze ubrani i mają bardzo podobny światopogląd. Dziewczyny, z którymi się spotykamy są piękne, młode i ewidentnie niespecjalnie przejmują się religijnymi przykazaniami islamu. Milad jest przy tym bardzo w porządku gościem, wszyscy bardzo go lubią i on też lubi wszystkich - życie w Rasht kręci się w kręgu przyjaciół, którzy zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale każdy jest mile widziany. Milad ma też śliczną siostrę, która studiuje językoznawstwo i miałem okazję pogadać z nią o tak fascynujących postaciach jak Noam Chomsky czy Ferdinand de Saussure oraz poznać kilka sekretów perskiej fonologii;-) Poszliśmy też razem na koncert undergroundowej sceny muzycznej z Rasht - granie zachodniej muzyki jest oczywiście w Iranie nielegalne, więc wszystko było top secret. Za takie granie można pójść do więzienia - i to nie jest żart. Zespoły zaskakująco dobre, totalnie na czasie, w repertuarze oprócz własnych piosenek miały np. też covery takich formacji jak Grizzly Bear - nie spodziewałem się tego szczerze mówiąc po Iranie. Jak już wcześniej wspomniałem - życie nie szczędzi niespodzianek.

Masouleh
W okolicy Rasht jest też wioska Masouleh. Ludzie mieszkają tam od tysiąca lat, a domy wybudowane są na zboczu góry w taki sposób, że dachy budynków na dole stanowią podwórka domów górnych. Żeby dostać się do Masouleh, trzeba dwa razy skorzystać z tak zwanych "wspólnych taksówek". To najbardziej popularny w Iranie sposób przemieszczania się - taksówki mają z góry ustalone trasy i czekają na klientów w znanych wszystkim miejscach. Oczywiście trzeba najpierw zasięgnąć języka u lokalnej ludności, bo te "stałe trasy" i "znane wszystkim miejsca" są oczywiście dosyć umowne i trzeba po prostu wiedzieć gdzie pójść, żeby znaleźć odpowiedni transport. Wujek Google nic nam tu nie pomoże. Znajomość angielskiego również. Trzeba znać kilka słów po persku i dobrze gestykulować. Kiedy jednak dotrze się już na miejsce, widoki zapierają dech w piersiach. Wszystko skąpane jest w zieleni, unosi się delikatna mgła i ma się wrażenie, że całe otoczenie znajduje się w kompletnie innej rzeczywistości. Stałem na jednym z dachów i patrzyłem na zbocze znajdujące się na przeciwległym brzegu doliny, na strumień spływający z gór do wioski, na ludzi powoli zajmujących się swoimi codziennymi sprawami. Stałem tam przez godzinę, chłonąc otaczające mnie piękno, chciałem nim oddychać, chciałem je ssać.


niedziela, 20 kwietnia 2014

o Teheranie i niebiańskich dziewicach

Po dwóch tygodniach konsekwentnego zapuszczania się na coraz bardziej południowe skrawki Iranu, przyszedł czas na powrót na północ. W Shiraz dokonałem tylko jeszcze operacji przedłużenia wizy - można zrobić to w specjalnym urzędzie do spraw obcych (Immigration Office for Aliens). Teoretycznie wizy otrzymanej na lotnisku nie wolno przedłużać, ale jak to ze wszystkim w Iranie bywa - są rzeczy, których nie wolno, ale można. Wymaga to specjalnej rozmowy z oficerem policji, który zadaje różne trudne pytania (wszak mogę być szpiegiem). Tym razem rozmowa nie była trudna - pan policjant z wielkim uśmiechem powiedział tylko "Polska? Bolek i Lolek! Very good!". No nie sądziłem, że w jednostce policji kraju "Osi Zła" będę rozmawiał o polskich kreskówkach. Z odnowioną wizą wsiadłem na pokład samolotu lokalnych linii Iran Aseman Airlines i wyruszyłem z powrotem do Teheranu.

Teheran z góry      

Teheran to brzydkie miasto. Jestem generalnie miłośnikiem miast, każde jest dla mnie nowym, fascynującym odkryciem, ale Teheran nie zapisze się miło w mojej pamięci. Jest przeogromnym, potwornie zanieczyszczonym spalinami molochem, w dodatku właściwie bez żadnych zabytków, które mogłyby uzasadniać jego zwiedzanie. Wiele osób krytykuje Delhi, ale to zupełnie inna historia - Delhi to swoista karykatura miasta, coś jednocześnie pięknego i przerażającego, gdzie wyjeżdżasz z lśniącego czystością metra na ulicę i nagle widzisz kozę a obok niej żebrzące małe dzieci. Delhi jest miastem z alternatywnej rzeczywistości, Teheran to rzeczywistość jak najbardziej namacalna i powszednia. W dodatku klasyczne zagłębie tanich hotelików mieści się przy Amir Kabir Street, ulicy, na której znajdują się głównie warsztaty samochodowe i sklepy z akcesoriami typu opony, akumulatory czy wycieraczki. Jak dla mnie koszmar z najgorszego snu - tak mogłoby wyglądać piekło. Wyznam szczerze - nigdzie na świecie nie czuję się tak źle jak w warsztacie samochodowym :-)

A propos piekła - żartowaliśmy sobie z tego w Shiraz razem z kolegą Bobem z Australii i kilkoma zaprzyjaźnionymi Irańczykami. Bob chciał koniecznie wiedzieć, co dzieje się z muzułmankami po śmierci - no bo faceci wiadomo - trafiają do raju, gdzie przez wieczność otoczeni są przez piękne dziewice. Czy kobiety spędzają wieczność w towarzystwie przystojnych prawiczków? Nikt nie umiał na to odpowiedzieć, ale kolega Milad z Shiraz (wielki fan 50Centa) rzucił rezolutnie - "w niebie faceci mają piękne kobiety, w piekle też, ale niestety wszystkie są z rodziny". Bardzo sprytne - no bo przecież kobiet z rodziny nie można tknąć. Padła też teoria, że w niebie wszyscy mają papierosy, ale nikt nie ma zapałek, dlatego też często dochodzi do wymiany handlowej - ci z dołu przekazują do nieba trochę piekielnego ognia a w zamian za to dostają kilka dziewic na własny użytek. Wszyscy mieli z tej rozmowy mnóstwo ubawu, także nasi muzułmańscy koledzy, więc nie taki diabeł straszny jak go malują.

perskie koty w słońcu

Bob z Australii to kolejna ciekawa postać, jaką poznałem w drodze. Ma około 60 lat, mieszka sobie w małej wsi w okolicach Melbourne a kiedy mu się nudzi wsiada w samolot linii Air Asia (to taki azjatycki Ryanair, tylko jeszcze tańszy) i włóczy się po Indiach, Tajlandii czy Malezji. Przez rok mieszkał na Sri Lance, ale jego ulubiony azjatycki kraj to Indonezja. Ma setki świetnych historii do opowiedzenia, rzekomo pił wodę z Gangesu oraz uważa, że przeżył życie w najlepszy możliwy sposób i gdyby ktoś go za chwilę zastrzelił, to nie miałby z tym żadnego problemu. Pewnego dnia przyniósł z targu oliwki z miodem, piklowane kwiaty czosnku (nie wiedzieliście, że jest coś takiego? ja też nie wiedziałem) oraz świeży chleb, zaparzyliśmy do tego mnóstwo herbaty i zrobiła się impreza prawie do samego rana - oczywiście bez grama alkoholu. Nasi irańscy przyjaciele opowiadali jak im się ciężko żyje w teokratycznym państwie, nastroje zrobiły się rewolucyjne, mam nadzieję, że nikt w towarzystwie nie był z tajnej policji, he he.

Iran to naprawdę ciekawy kraj, myślę, że kluczowy do zrozumienia bliskowschodniej rzeczywistości. To stąd przez setki lat promieniowała kultura, tutaj budowało się pałace, jadło wykwintne potrawy, spędzało czas w pięknych ogrodach. Język perski miał ogromny wpływ na języki sąsiadów, gdy uczę się nowych wyrażeń jestem w szoku jak wiele słów w hindi jest wziętych bezpośrednio z perskiego. Czasami nawet rozumiem trochę co mówią ludzie na ulicy, bo wychwytuję pojedyncze słowa, które znam z lekcji hindi. Irańczycy są zresztą przez to trochę rasistami - przynajmniej dwa razy usłyszałem wprost, że cała kultura którą mają Arabowie czy Afgańczycy to tylko odbłysk kultury perskiej. Iran to trochę taki kraj na rozdrożu. Niezwykłe jest to, że z jednej strony graniczy z Turcją i Armenią, czyli krajami do pewnego stopnia europejskimi, a z drugiej z Pakistanem, czyli rzeczywistością raczej indyjską. Irańskie miasta naprawdę nie różnią się zbytnio od europejskich - przypominają trochę śródziemnomorskie ośrodki miejskie, chociaż oczywiście w Europie nie ma tylu meczetów i nie każde centrum miasta to bazar. Gdyby dziewczyny zdjęły chusty i czadory, to nawet wizualnie Iranki są podobne do Włoszek czy Greczynek. O dziwo, kilka razy mnie wzięto za Persa - byłem pytany o drogę w języku perskim i moi rozmówcy byli mocno zaskoczeni, że ich nie rozumiem. Czyżbym aż tak bardzo był już opalony?

 Ja mam taką, kontrowersyjną dosyć, teorię, że prawdziwa Azja zaczyna się na północ i wschód od Himalajów. Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Tajowie, Wietnamczycy, itd. itp. - tam ludzie wyglądają inaczej, mówią w zupełnie innych językach, są naprawdę odmienni. Iran czy Indie (zwłaszcza północne) to ciągle fragment szerszej kultury indoeuropejskiej. Myślę, że jest to typowy przykład kontinuum - skrajne elementy są bardzo od siebie różne, ale części położone blisko siebie często przechodzą płynnie jedna w drugą. Tak jest też trochę z Polską. Mamy dyskusje, czy Polska należy od świata kultury Europy Zachodniej, Wschodniej, może Centralnej? Prawie każdy Polak powie, że nasz kraj jest bardziej w obrębie kultury zachodniej, natomiast KAŻDY obywatel krajów Zachodu, z którym o tym rozmawiam jednoznacznie stwierdza, że Polska to kraj Europy Wschodniej. Nawet ostatnio pytam wprost- i mam sto procent odpowiedzi tego typu. Jaka jest prawda? Taka, że obie odpowiedzi są prawidłowe - jesteśmy krajem, który jest jednocześnie na Wschodzie i na Zachodzie. I takich nas trzeba kochać :-)

PS. W Iranie nikt nie wie, że jest Wielkanoc.