niedziela, 13 września 2015

Yogyakarta

Co to za kraj ta Indonezja? 17 tysięcy wysp, 300 grup etnicznych, 700 języków - trochę przypomina to Indie, trochę dawny ZSRR, trochę... Unię Europejską. Nie wszyscy obywatele Indonezji chcą być Indonezyjczykami - na przykład Papuasi z Nowej Gwinei chętnie utworzyliby swoje własne państwo. Większość jednak akceptuje zastałą sytuację, a także dominację Jawy jako wyspy gdzie znajduje się stolica, gdzie obraduje rząd i skąd na cały archipelag promieniuje pewien wzorzec kulturowy.

Nie będę tutaj udawał specjalisty od Jawy, bo pomimo wertowania internetu i przeczytania kilku książek na temat Indonezji moja wiedza jest wciąż szczątkowa. Podobno jednak kluczem do zrozumienia jawajskiej kultury jest wizyta w Yogyakarcie, czyli stolicy kulturalnej i artystycznej Indonezji. Yogya (jak pieszczotliwie nazywają ją mieszkańcy) przywitała mnie intensywnie - "taksówka", którą pojechałem do hotelu to nie był samochód a zwykły motocykl - tak zwany ojek - podstawowa forma transportu w mieście. Ruch wszystkostronny, prędkość niebagatelna a ja z tyłu motocykla z plecakiem z trudem łapię powietrze. Jak to śpiewał kiedyś Bauagan Mistrzów: "albo masz przygody, albo nie masz przygód".

Hotel tym razem wyjątkowo trafiony. Rumah Zen Homestay to po prostu zwykły dom położony w jednej z bocznych uliczek, ale urządzony w lekko "new age" stylu. Jest czysto, jest wygodnie, woda mineralna za darmo w dowolnych ilościach ale najlepsza jest łazienka - mój pokój ma po prostu dodatkowe, całkiem niemałe pomieszczenie bez dachu, gdzie zamontowano prysznic i kibelek. Wrażenie jest takie jakby brało się ten prysznic na wolnym powietrzu - fantastyczne uczucie. A prysznic bierze się często bo średnia temperatura to 35 stopni. Mam też w pokoju gekona, ale podobno to standard. W domu oprócz mnie mieszka jeszcze kilku białasów, ale raczej nie wchodzimy sobie w drogę - generalnie pewne rzeczy się nie zmieniają, biały człowiek w Azji kiedy widzi drugiego białego człowieka natychmiast odwraca się, przechodzi na drugą stronę ulicy, albo co najmniej zatapia wzrok w smartfonie. Naprawdę nie kumam o co w tym chodzi, ale Europejczyk w Azji chodzi nieustannie w wielkiej bańce mydlanej swojego indywidualizmu. Dotyczy to zwłaszcza przybyszów z tzw. Europy Zachodniej - czasami myślę, że oni po prostu zasługują na zagładę ;-)



Po co mi jednak nudni Szwedzi czy Holendrzy skoro jest tylu fajnych Indonezyjczyków? Dzięki Couchsurfingowi poznaję dziewczynę o imieniu Fadella (na zdjęciu druga z lewej) oraz jej zabawnych znajomych. W Yogyakarcie muzułmanki są bardziej widoczne niż w Jakarcie - większość dziewczyn nosi hijab. Fadella jest jedną z nich, jednak ze swojego hijabu jest dumna, żali mi się nawet, że kiedyś jakiś Australijczyk ją wyśmiał i powiedział, że ubiera się nieżyciowo. Pomimo tego co myśli się w Europie, wiele kobiet zakrywa się tutaj całkowicie dobrowolnie - jest to dla nich podkreślenie własnej religijności. A Fadella podchodzi do swojej wiary bardzo poważnie. Idziemy do knajpki o kontrowersyjnej nazwie SS - jest to skrót od Special Sambal (sambal to po prostu pikantny sos na bazie chilli). W trakcie lunchu Fadella nagle przeprasza mnie i mówi, że musi pójść się pomodlić - idzie do specjalnego pomieszczenia o nazwie musholla aby odprawić jedne z pięciu codziennych modłów. Robi to z taką samą naturalnością z jaką Polka poszłaby do toalety przypudrować nosek.


Centralnym miejscem Yogyakarty jest Kraton, czyli Pałac Sułtana. Jest to zespół budowli niesłychanie lekkich i eleganckich, przy okazji pokazujących wyjątkowy styl architektoniczny Jawy, czyli domy składające się z podłogi i sufitu, ale bez ścian. Sufit podtrzymują kolumny, dzięki czemu jest przewiewnie (ważne w tutejszym klimacie) a sułtan pewnie nie musiał obawiać się złodziei w obrębie swojej posesji. Jedną z głównych przyczyn dla których tutaj przyszedłem jest jednak gamelan - w pałacu odbywają się regularne koncerty, często w towarzystwie tancerek. Spełniam więc z nawiązką swoje plany na Indonezję - wszak dla gamelanu tu przyjechałem ;-) Koncert jest bardzo spokojny, powolny, gongi leniwie snują swoje melodie a do tego tancerki i tancerze poruszają się "z lekkością płynącej rzeki, niczym chmury sunące po niebie". W jawajskim tańcu można dostrzec zarówno wzorce tańców indyjskich, takich jak bharatanatyam jak i figury chińskiego tai chi. Skąd wpływy indyjskie w Indonezji? Generalnie między V a XV wiekiem kultura i cywilizacja Indii królowały na wyspach. Dominującymi religiami był buddyzm i hinduizm a rządzące Jawą dynastie mocno czerpały z wzorców z subkontynentu. Niezwykłe jest to, że pomimo iż od kilkuset lat w Indonezji niepodzielnie rządzi islam, wciąż widać mnóstwo indyjskich wpływów. Dość powiedzieć, że w Yogyakarcie regularnie można obejrzeć Ramayanę wystawianą w formie teatru tańca z akompaniamentem gamelanu. Zresztą miałem przyjemność to zobaczyć - znakomicie pokazuje fuzję dwóch kultur. Gamelan dzwoni, pani śpiewa po jawajsku, a na scenie Rama, Sita, Hanuman i inni po raz kolejny odgrywają jedną z najbardziej kultowych opowieści w historii ludzkości.


sobota, 12 września 2015

Jakarta/Dżakarta, albo życie to surfing

Każdy przewodnik po Indonezji mówi, żeby unikać Jakarty (czy też Dżakarty, jakoś nie może mi ta druga wersja przejść przez klawiaturę). Straszą, że korki, że brud, że nie ma chodników, że zero zabytków, koszmar normalnie. Podobnie pisze się o indyjskim Delhi, a jest to jednakowoż chyba moje ulubione miasto w Indiach. Żeby docenić Delhi albo Jakartę trzeba po prostu być miłośnikiem wielkich azjatyckich miast, bo są to MIASTA przez wielkie M, nie zapyziałe dziury jak europejskie miasteczka ;-) Tutaj miliony ludzi jednocześnie próbuje załatwić swoje interesy, pojazdy wszelkiej maści jadą naraz we wszystkie strony świata, uliczni handlarze zarabiają na miskę żarcia, zapachy egzotycznych przypraw mieszają się ze smrodem spalin i brudu. I tak jest właściwie 24 godziny na dobę. Dla mnie każde takie miasto to wyzwanie - chcę opanować lokalny system transportu, dowiedzieć się gdzie najlepiej i najtaniej zjeść, poznać trochę ludzi, pogadać o ich życiu. Taki trochę miejski surfing, tylko nie po falach oceanu a po wielkich miejskich arteriach. Zieleń, przyroda, wiejska cisza? Sorry, ale po taki zestaw wrażeń to ja sobie mogę pojechać w Góry Świętokrzyskie. Co nie znaczy, że zieleni, ciszy i spokoju nie lubię - po prostu podoba mi się i to i to.

A przy okazji porada od buddysty dla buddyjskich kolegów/koleżanek. Nie ma lepszej okazji na medytację niż w trakcie przechodzenia przez ulicę w Jakarcie (albo Delhi, Mumbaju itp.). Nie ma lepszej motywacji do bycia tylko TU i TERAZ kiedy przechodzisz przez jezdnię na której w obie strony zasuwa potok samochodów, motocykli i riksz. Czasami są to na przykład 3 pasy ruchu w każdą stronę a NIKT nie zatrzymuje się dla pieszego. Lokalna ludność po prostu wchodzi i z pełnym spokojem manewruje między samochodami, które też tak naprawdę uważają żeby nikogo nie potrącić. To wymaga pewnej wprawy i zimnej krwi, kiedy już się jednak człowiek tego nauczy to daje ogromną satysfakcję. Polecam jako formę medytacji z całkowitą powagą.

Podczas pobytu w Indonezji postanowiłem jak najwięcej korzystać z Couchsurfingu. Pewnie każdy wie co to takiego, ale na wszelki wypadek - to międzynarodowy portal służący do poznawania ludzi w krajach, które się odwiedza. Nie jest to portal randkowy (choć różnie to czasami bywa ;-)), chodzi bardziej o to, żeby poznać ludzi, którzy chcą oprowadzić cię po swoim mieście, pokazać lokalne atrakcje, także z mniej turystycznej strony. Wielu "tubylców" proponuje też nocleg, co daje okazję poznania danej kultury jeszcze bliżej - kilkukrotnie korzystałem z tego w Iranie, dzięki czemu miałem możliwość zobaczyć jak Irańczycy żyją na co dzień. Bywa to też oczywiście nieco upierdliwe, bo czasami ma się ochotę pobyć samemu, a często couchsurfingowy gospodarz (zwłaszcza w krajach muzułmańskich) ma poczucie, że powinien zajmować się swoim gościem od świtu do nocy. Tak więc w Indonezji na razie śpię w hotelach, a z "gospodarzami" spotykam się w mieście. Zamieściłem "ogłoszenie", że chętnie spotkam się z kimś na kawę i czekałem na odpowiedź, licząc po cichu, że może ze dwie osoby zareagują. W ciągu dwóch dni dostałem 35 zaproszeń...

Swego czasu miałem przyjemność wraz z zespołem Pustki występować w Teatrze Rozmaitości, grając w sztuce "Cokolwiek się zdarzy, kocham cię". W jednej ze scen bohater grany przez Rafała Maćkowiaka próbuje poderwać Magdę (w tej roli Agnieszka Podsiadlik). Nie wie jeszcze, że Magda jest lesbijką. Ona próbuje mu to wytłumaczyć mówiąc: "Bo wiesz... Ja wolę dziewczyny". "Od chłopaków?" - nie może uwierzyć Rafał. No więc ja też wolę dziewczyny od chłopaków i w Jakarcie spośród tych 35 zaproszeń postanowiłem wybrać zaproszenia od dziewczyn ;-)

Dzięki temu poznałem Lidię, Astrid i Laras. Lidia studiuje na Uniwersytecie Jakarckim stosunki międzynarodowe i myśli o karierze dyplomatki. Na razie rusza na staż do sułtanatu Brunei ale marzy jej się praca w Holandii. Nie jest to jednak łatwe - Holendrzy niechętnie przyznają Indonezyjczykom wizy, mimo tego, że była to kiedyś ich kolonia. Poszliśmy na kawę do dzielnicy Kota, gdzie jest najwięcej postkolonialnych zabytków, między innymi pozostałości więzienia, gdzie można zobaczyć celę wysoką na metr, w której trzymano po 30 osób jednocześnie. Wypytuję Lidię o to dlaczego niektóre Indonezyjki noszą chusty na włosach a niektóre nie - tłumaczy mi, że w Indonezji każdy może ubierać się tak jak chce, mimo tego, że zdecydowana większość obywateli (około 200 milionów) to muzułmanie, nie ma żadnego oficjalnego dress codu. Mamy też okazję zaznać legendarnych miejskich korków - chcąc podjechać kawałek autobusem utkwiliśmy na jakieś 50 minut w drodze z jednego na drugi przystanek... Autobusy mają wściekle klimatyzowane i przez moment bałem się, że w tym równikowym kraju zejdę na zapalenie płuc. Przy tej okazji proszę Lidię, żeby pouczyła mnie trochę języka indonezyjskiego. Jest zaskakująco prosty - czasowniki nie odmieniają się przez rodzaj ani liczbę, nie zaznacza się też czasu. Wszystkiego da domyśleć się z kontekstu. Można? Można.

Astrid pracuje w tutejszej telewizji, gdzie produkuje lekki program o lajfstajlu. Zwiedzamy wspólnie centrum miasta, w tym legendarny Monument Nasjonal (w skrócie Monas), symbol niepodległości Indonezji. Zabiera mnie też na tour po lokalnym żarciu. Generalnie w Indonezji je się na ulicy - wzdłuż chodnika stoją panowie i panie, każde z nich ze swoim małym kramikiem, w którym pichcą lokalne przysmaki. Zjadamy absolutnie wyśmienite sate padang. Są to małe szaszłyki z wołowiny, z dodatkiem sosu składającego się z rozgotowanej mąki ryżowej oraz przypraw takich jak czosnek, imbir, kolendra, kmin rzymski, sól i kurkuma. Smakuje obłędnie. Astrid jest mega miła, bardzo ciekawa świata, chciałaby podróżować, ale znowu wszytko rozbija się o wizę - nie zdajemy sobie sprawy jak trudno ludziom z azjatyckich krajów dostać się np. do Europy.

Wieczorem widzę się jeszcze z Laras, która pracuje jako doradca podatkowy. Mieszka pod Jakartą i CODZIENNIE (poza weekendami) musi wstać o 4.30., żeby dojechać na czas do pracy w centrum. Pracę kończy około 19.00., idzie coś zjeść na mieście i znowu wraca do siebie, by położyć się spać około 23.00. Idziemy razem na jedzenie, tym razem lądujemy w ulicznym punkcie serwującym soto ayam czyli rosołek z makaronem zrobiony na kurzych stópkach. Pierwszy raz w życiu miałem okazję ogryzać skórę z kurzych stóp - nie do końca rozumiem co chodzi z tym wynalazkiem, ale faktem jest, że wszyscy w Azji Południowo - Wschodniej je uwielbiają.



Następnego dnia żegnam Jakartę z żalem. Będę chciał jeszcze kiedyś tu wrócić. Bladym świtem ruszam na stację kolejową Gambir. Taksówkarz oczywiście próbuje orżnąć mnie na kasę (to też typowe dla Azji), ale jestem tak niewyspany, że nawet się już nie buntuję tylko płacę o 10 000 rupii (3 złote) więcej niż powinienem. Ruszam w głąb Jawy, do miejscowości Yogyakarta - kulturalnego centrum tutejszej cywilizacji.


czwartek, 10 września 2015

Dlaczego Indonezja?

Nie będzie wielką tajemnicą kiedy powiem, że uwielbiam jeździć do Azji. Jest w tym kontynencie coś wyjątkowego, magicznego, coś co powoduje, że mam wrażenie iż życie tutaj toczy się BARDZIEJ. Po czterech wizytach w Indiach postanowiłem tym razem spróbować czegoś nowego i dlatego pewnego czerwcowego popołudnia kupiłem bilet lotniczy do Indonezji.

Indonezja zawsze była na liście krajów, które chciałem koniecznie odwiedzić. W sumie nie wiem do końca dlaczego - chyba decydującym czynnikiem była tu muzyka i niezwykłe dźwięki gamelanu. Gamelan to rodzaj indonezyjskiego zespołu muzyki tradycyjnej, na który składa się zestaw gongów, bębnów i instrumentów strunowych. Brzmi nieziemsko - nie przypomina to w zasadzie niczego innego i miłośnika niezwykłych dźwięków wciąga po uszy. Pierwszy raz miałem okazję usłyszeć gamelan na płycie, którą kupiłem sobie "w ciemno" jakoś w 2003 roku w jednym z londyńskich sklepów muzycznych. Tak, to były jeszcze te zabawne czasy, kiedy jeśli chciało się czegoś posłuchać to trzeba było za to zapłacić, lol.

Drugim powodem dla którego chciałem odwiedzić Indonezję jest to, że jest to w tym momencie de facto najludniejsze muzułmańskie państwo na świecie - realizując przy tym islam w raczej "świecki", zdroworozsądkowy sposób, podobnie jak Turcja. Chciałem zobaczyć jak to działa i jak wygląda islam przepuszczony przez kulturę i wrażliwość mieszkańców tak odległej od arabskiego matecznika cywilizacji. Tym bardziej, że wcześniej na tych terenach królował buddyzm i hinduizm a jeszcze wcześniej klasyczny animizm. Mądrzy ludzie mówią, że indonezyjski islam jest jak cebula - zdejmujesz wierzchnią warstwę a tam pod spodem już machają rączką tradycyjne wierzenia w duchy przodków, w różnorakich bogów oraz w magiczne siły natury.

Myślę, że to dobre powody, tym bardziej, że dla 90% przyjeżdżających tu białych Indonezja to kraj gdzie po prostu można tanio wylegiwać się na plaży z browarem albo surfować po wyjątkowo tu ponoć sprzyjających falach oceanu :-)

Indonezja jest daleko - jakieś 14 000 kilometrów od Polski, według Google można tę trasę zrobić pieszo w 2628 godzin. Ja na szczęście wybrałem samolot - kilkanaście godzin w powietrzu i jest się na miejscu. Po raz kolejny zadziwiony jestem jak transport lotniczy zmniejszył świat - we wtorek rano jestem jeszcze na lotnisku Tegel w Berlinie, po czym wsiadam na pokład, ucinam sobie kilkugodzinną drzemkę i oto nagle znajduję się w Abu Dhabi, stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tam przerwa regeneracyjna na prysznic, obiad i kawę i zaraz kolejny lot do Jakarty. Znowu parę godzin drzemki i ląduję w stolicy kraju, który graniczy z Australią a z Polską ma wspólną tylko biało-czerwoną flagę - tylko, że u nich czerwień jest na górze a biel na dole.

Na lotnisku w Jakarcie dreszczyk emocji - Indonezja to kraj, w którym posiadanie jakiejkolwiek ilości narkotyków, nawet miękkich, jest bezwarunkowo karane śmiercią. Dodam, że jest to śmierć przez rozstrzelanie. Co zabawne - podobno grzybki halucynogenne się nie liczą ;-) Nie żebym coś próbował szmuglować - ale słyszy się o sytuacjach kiedy do bagażu dziwni ludzie podrzucają dziwne pakunki. Na szczęście jestem "czysty" i mogę wyjść z klimatyzowanego budynku na 35-stopniowy upał indonezyjskiej stolicy.

Jestem umówiony z kierowcą z hotelu, w którym spędzę pierwsze dwie noce. Uważam, że po dobie spędzonej w samolocie i na lotniskach mogę pozwolić sobie na tę odrobinę luksusu, tym bardziej że przejazd kosztuje w przybliżeniu tyle samo co kurs taksówką z centrum Warszawy na Okęcie. Sympatyczny chłopak o imieniu Amsori (sic!) pewnie przedziera się przez potwornie zatłoczone miasto - w Jakarcie mieszka około 10 milionów ludzi a komunikacja miejska jest niestety wyjątkowo mało wydajna (nie ma nawet jednej linii metra!). Słyszałem straszne historie o tutejszych korkach -powiem jednak, że nie jest dużo gorzej niż na przykład w Bombaju. Wiadomo - setki samochodów, ciężarówek, motocykli, rowerzystów i pieszych jedzie jednocześnie wąską drogą nie przestrzegając żadnych przepisów - azjatycka normalka :-) Nie no, zasada ruchu drogowego jest jedna - większy samochód ma zawsze pierwszeństwo.

W Jakarcie mieszkam w chińskiej dzielnicy Glodok. Jest to podobno jedno z największych Chinatowns na świecie - wszędzie małe sklepiki z klasycznym mydłem i powidłem, pirackimi płytami DVD, ciuchami i czymkolwiek co przyjdzie wam do głowy. Mnie głównie interesują oczywiście knajpki - nie przepuszczę okazji, żeby zjeść coś autentycznie chińskiego. W końcu decyduję się na kompromis - nasi campur w lokalu o uroczej nazwie Santong Kuo Tieh 68. Nasi campur to indonezyjski klasyk, smażony ryż z mieszanką grilowanych mięs i warzyw. Biorę go jednak w wersji Nasi Campur Tionghoa, czyli "po chińsku". Chińskość polega na tym, że mięso jest wieprzowe- to nietypowe dla Indonezji, gdzie muzułmańska większość wieprzowiny nie jada. Żarcie smakuje wyśmienicie - różne rodzaje mięs, mnogość sosów, wszystko jeszcze obficie doprawione świeżym czosnkiem. Cena 10 PLN. Mam taką osobistą teorię, że dopiero po pierwszym obiedzie w lokalnej jadłodajni można powiedzieć, że naprawdę dotarło się do obcego kraju. Teraz wreszcie czas na porządny sen - od jutra zwiedzanie Jakarty na całego.

A tak wygląda Nasi Campur Tionghoa (fotka z Wikipedii).


poniedziałek, 5 maja 2014

Gruzja

To był bodajże 2002 rok. Wraz z moim serdecznym przyjacielem Andrzejem "Kwiatkiem" Kwiatkowskim rozpoczynaliśmy kolejną edycję Projektu X, cyklu improwizowanych spotkań muzycznych, które odbywały się podówczas regularnie w legendarnym klubie Jazzgot. Pamiętam, że na scenie byłem ja, Kwiatek i jeszcze niejaki Tomecki, aktualnie realizator dźwięku w kolejnym przechodzącym już do legendy klubie Powiększenie. Coś tam sobie graliśmy, szło raz lepiej raz gorzej, kiedy w klubie pojawili się oni. Czterech wielkich chłopaków i jedna dziewczyna. Gadali do siebie dosyć głośno w kompletnie nieznanym mi języku, zamówili ogromne ilości piwa, po czym jeden z nich podszedł do mnie i śpiewną polszczyzną zapytał: "Możemy z wami zagrać?".

Ten człowiek nazywał się Zaza Korinteli i był Gruzinem. Tego wieczora zagraliśmy szalone jam session, w trakcie którego jazzowe dźwięki zmieszane były w mniej więcej równych proporcjach z gruzińską muzyką ludową - kompletnie dla mnie wówczas nieznaną. Kto zresztą wtedy słyszał o Gruzji? Nie było jeszcze książki Marcina Mellera "Gaumardżos" a Wizzair nie latał do Kutaisi za 200 złotych w obie strony. Zresztą nie było chyba wtedy nawet bezpośrednich lotów między Polską a Gruzją - trzeba było jechać pociągiem do Kijowa i dopiero stamtąd było połączenie. Tak czy siak - z Zazą i jego polską żoną Magdą spędziliśmy wtedy kilkanaście uroczych dni w Warszawie, biesiadując przy winie i racząc się nieznanymi mi wcześniej potrawami, takimi jak kurczak z orzechami włoskimi i owocami granatu. Zaza nauczył mnie gruzińskiego alfabetu, pokazał czym jest wódka z winogron (tak zwana "czacza") oraz silnie zainspirował do odwiedzenia swojej ojczyzny. Zapisałem się wtedy nawet na kurs gruzińskiego na UW - jednym słowem, zostałem fanem tego kaukaskiego kraju zanim stało się to modne :-)

granica Armenii i Gruzji

Nie wiem jak to się stało, ale dotarłem do Gruzji po raz pierwszy dopiero w 2011 roku. To były szalone trzy tygodnie, pełne niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, górskich wędrówek, morskich kąpieli i niebagatelnych ilości wypitego alkoholu. Teraz, kiedy przekraczałem gruzińską granicę po raz kolejny, czułem wzruszenie - Armenia była piękna, spotkałem tam wielu fantastycznych ludzi, ale Gruzja miała jednak specjalne miejsce w moim sercu. Do Tbilisi przyjechałem w towarzystwie sympatycznego, acz mrukliwego Portugalczyka o imieniu Luis. Spotkaliśmy się w hostelu w Erewaniu i spędziliśmy razem właściwie cały czas, który poświęciłem Armenii. Była to dla mnie dobra okazja, żeby od czasu do czasu podszlifować portugalski, ale też dowiedzieć się czegoś więcej na temat mojego drugiego ulubionego kraju na świecie. Dla Luisa byłem natomiast nieocenionym przewodnikiem, albowiem z języka rosyjskiego znał on tylko słowa "da" i "haraszo", co nie ułatwiało mu życia w mocno rosyjskojęzycznej Armenii. W trakcie podróży do Gruzji była z nami też Rosjanka Tatiana, która samotnie podróżowała po okolicy - ona z kolei w niezrównany sposób negocjowała ceny taksówek, w bezlitosny sposób wykłócając się o każdego drama (w Armenii) i o każde lari (w Gruzji). Kierowcy próbowali nas oczywiście troszkę oszukać, zwłaszcza po gruzińskiej stronie granicy. Bystry posiadacz czerwonej łady chciał najpierw wysadzić nas w połowie drogi, sugerując przesiadkę do marszrutki, a później usiłował  zatrzymać się minutę po przekroczeniu granicy miasta. Ona popatrzyła tylko na niego swoimi lodowatymi, niebieskimi oczami spod pukla blond włosów i powiedziała: "Nie, nie, nie. Skoro wziąłeś od nas 24 lari, żeby zabrać nas z granicy do którejś stacji metra w Tbilisi, to tak właśnie zrobisz. Proszę się nie wygłupiać i natychmiast jechać". Chłopak zrobił minę zbitego psa i dowiózł nas do metra. Sam bym się przestraszył.

Tatiana i ormiański kierowca taksówki

Kiedy dotarliśmy w końcu do Tbilisi, Luis zabrał mnie do absolutnie wyjątkowego hostelu, o nazwie Hotel Georgia, mieszczącego się w dosyć obskurnej części miasta, nieopodal dworca kolejowego. Miejsce mocno skojarzyło mi się z warszawską Pragą - stare sklepy, tynk odłażący ze ścian budynków, mieszkańcy w różnych stadiach kaca. No i w samym środku tego wszystkiego - hotelik prowadzony przez młodego, długowłosego Japończyka (!), który serwował co wieczór za darmo (!) zupę i pasjami słuchał post-rocka z małego odtwarzacza, który postawił sobie na recepcji. Hotel w stylu do-it-yourself. Pralka, w której samemu można sobie nastawić pranie, czajnik do przyrządzania wody na kawę i herbatę, lodówka na produkty żywnościowe - generalnie można było poczuć się jak u siebie w domu. Warunki może niezbyt komfortowe (jeden prysznic dla wszystkich gości), ale atmosfera niezrównana. Gdyby nie to, że byłem zaproszony też do dwóch innych miejsc w Tbilisi, zostałbym tam dłużej.

koledzy z Erewania - Bohdan z Ukrainy i Luis z Portugalii

Wizyta w mieście bez wizyty w hostelu Opera nie miałaby większego sensu. Opera prowadzona jest przez pochodzącego z Rzeszowa Polaka o imieniu Kuba, oraz jego żonę, Mananę, która jest pół-Polką, pół- Gruzinką. Interes ewidentnie im się kręci, połowa Polaków nocujących w Tbilisi zatrzymuje się właśnie u nich. To właśnie dzięki Kubie mój poprzedni wyjazd do Gruzji był tak udany - dzięki splotowi różnych dziwnych przypadków przemierzyliśmy jego jeepem pół kraju i odwiedziliśmy miejsca, do których nawet nie przyszłoby mi do głowy zajechać. Akurat kiedy wpadłem do ich hotelu miały tam miejsce warsztaty dotyczące praw człowieka, na które zjechało się kilkadziesiąt osób z całej Europy - głównie z Turcji, Grecji i Ukrainy, ale było też kilku Szwedów i parę dziewczyn z Łotwy. Oczywiście wszystko skończyło się wielką imprezą do białego rana, przy winie, czaczy i szaszłykach - czyli, można powiedzieć - gruziński standard.

ja, Ania i Artur

Miałem też niewątpliwą przyjemność zamieszkać przez kilka dni u kolegi ze studiów, Artura Barysa, oraz jego żony Ani. Artur mieszka sobie w Tbilisi i zajmuje się tłumaczeniami - wszystkie teksty w języku angielskim, które czytacie w programie OFF Festiwalu są właśnie jego autorstwa. Ania uczy w prywatnej szkole a poza tym świetnie gotuje - jej ciasto jabłkowo - kokosowe będę pamiętał do końca życia. Dobrze jest mieszkać u filologa zakręconego na punkcie egzotycznych języków - mogliśmy rozmawiać godzinami o fonologii języka gruzińskiego, specyfice konstrukcji ergatywnej w hindi oraz przypadkach w języku węgierskim i nikt się nie nudził :-)

Ten wyjazd to przede wszystkim spotkania. Wyjeżdżając bałem się samotności, i faktycznie były momenty, w których czułem się trochę samotny. Zwłaszcza w Goa, kiedy miałem wrażenie, że dotarłem do jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi, i nie miałem z kim tego uczucia dzielić. Zazwyczaj jednak byłem otoczony przez fantastycznych ludzi. W Delhi, w Kerali, w trakcie treningu Vipassany, przez cały pobyt w Iranie, Armenii i Gruzji. Wystarczyło zagadać, uśmiechnąć się i zaraz znajdowali się towarzysze na kilka minut, kilka godzin, czasem kilka dni. Niedługo wracam do Polski i prześladuje mnie taka myśl, że nigdy nie poznałem w tak krótkim czasie tylu świetnych ludzi, których prawdopodobnie już nigdy więcej nie spotkam.

na sam koniec podróży - piję Wasze zdrowie, z gruzińskim 'gagimardżos'




czwartek, 1 maja 2014

Armenia

Od dziecka fascynowały mnie mapy. W czasach wczesnej podstawówki większość wolnego czasu spędzałem grając w piłkę na podwórku albo wpatrując się w atlas świata. Na pierwszą komunię dostałem też wielki globus, który stanowił nieustającą pożywkę dla mojej wyobraźni. Piłkarzem nie zostałem, ale jeżdżąc po świecie spełniam swoje dziecięce marzenia - mogę postawić stopę w miejscach, które kiedyś stanowiły tylko egotyczne nazwy na mapie. Jedną z rzeczy, która zawsze mnie intrygowała, było to, gdzie kończy się Europa a gdzie zaczyna Azja. Bo z Afryką, Australią czy Amerykami sprawa właściwie jest jasna - granice widać gołym okiem. Europa to bardziej ulotne pojęcie - samo funkcjonowanie Europy jako kontynentu to właściwie tylko i wyłącznie efekt naszego europocentryzmu - geograficznie mamy do czynienia z wielkim kontynentem Eurazji. Przyznam się szczerze - jednym z głównych powodów wyboru takiego a nie innego szlaku podróży, była możliwość przekroczenia granicy Iranu i Armenii lądem. To miejsce wydaje mi się wyjątkowo kluczowe - w przeciągu kilku minut przekraczamy granice dwóch wielkich cywilizacji - typowo azjatyckiego świata islamu i cywilizacji europejskiej, chrześcijańskiej.

Różnice widać natychmiast. Nie są one jednak specjalnie korzystne dla naszego kontynentu. W Iranie jedziemy trzypasmową, równą autostradą, mijając zadbane, porządne wioski i miasteczka. Po przekroczeniu granicy zaczyna się dramat. Szosa, która stanowi główną drogę z południa na północ Armenii przypomina podrzędne ulice łączące wsie w województwie kieleckim. Dziura za dziurą, asfalt w stanie rozpaczliwego rozkładu, a przy drodze nieliczne, liche chatynki na tle ciemnego bezkresu. Irański kierowca co chwilę wybuchał śmiechem, kiedy na samym środku drogi pojawiała się dziura, w której mniejszy samochód straciłby pewnie koła. Był to śmiech niedowierzania - jak można doprowadzić do czegoś takiego i nic z tym nie zrobić? Raz już doświadczyłem czegoś podobnego - wjeżdżając z Turcji do Bułgarii - było to więc doświadczenie w stylu deja vu.

w Armenii ciepło wspomina się czasy ZSRR

Inne są też oczywiście dziewczyny. Przez pierwszy dzień w Armenii miałem wrażenie, że chodzą one nago - zniknęły wszystkie czadory, płaszczyki i dżinsy a zamiast nich pojawiły się koszulki na ramiączkach i spódniczki mini. Ormianki noszą też bardzo długie, piękne włosy, które z dumą prezentują światu - rzecz nie do pomyślenia w Iranie. Dużo jest też nocnych klubów i oczywiście barów z alkoholem - kolejna ogromna różnica w porównaniu z Iranem i Indiami. Tak jakby wraz z wejściem do świata kultury chrześcijańskiej normy moralne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie - oto jesteśmy w rzeczywistości, w której faceci muszą być twardzielami-maczo z nieodłącznym szlugiem i kieliszkiem wódki w dłoni a dziewczyny są niczym więcej niż tylko obiektem seksualnym. Oczywiście w chwilach, w których nie gotują i nie zajmują się domem. Przed wjazdem do Iranu rozmawiałem z pewną Francuzką, która powiedziała mi, że nigdy nie pojechałaby do tego kraju, bo tam mężczyźni bardzo źle traktują kobiety. Muszę przyznać, że nigdzie na świecie nie widziałem tylu radosnych, uśmiechniętych i spokojnie pewnych siebie kobiet jak w Iranie. To prawda - muszą nosić chusty i czasami ich prawa publiczne są ograniczone, ale zdecydowanie nie sprawiają wrażenia nieszczęśliwych. Wcześnie wychodzą za mąż (większość około 21-22 roku życia), wchodzą w klasyczną rolę matek zajmujących się domem a zadaniem facetów jest zapewnianie im dobrego życia. Kobiety są powszechnie szanowane i widać, że czują się niezwykle bezpiecznie. Nie chcę oceniać i gloryfikować tutaj tego typu relacjo damsko - męskich - dawno jednak nie odczułem tak mocno różnicy w energii kobiet. W Iranie jest ona ciepła, spokojna, pozytywna, w Armenii kobiety sprawiają wrażenie sfrustrowanych kłębków nerwów. Przepiękne dziewczyny, mające jednak w oczach rodzaj przejmującej rozpaczy.

Armenia to kraj pięknych, bardzo starych kościołów

Trzeba jednak przyznać, że Armenia posiada jeden, niezaprzeczalny skarb - przyrodę. Wjechaliśmy o świcie i musiałem mocno walczyć z sennością, ale krajobrazy, które widać było z okien autobusu zapierały dech w piersiach. Wszędzie po horyzont zielone góry i pagórki, droga wijąca się serpentynami, rwące potoki, szybujące ptaki - jeśli kiedykolwiek wyobrażałem sobie jak może wyglądać raj, to właśnie tego typu obraz pojawiał się w mojej głowie. Tak wygląda jakieś 80% kraju - oprócz tego jest kilka miast, na których odcisnęło się mocno piętno sowieckiej Rosji - rajska dolina, a w niej regularne blokowisko, które wygląda tak absurdalnie w tych okolicznościach przyrody, że jest to nawet na swój sposób fascynujące. Stolica Armenii, Erewań, jest nawet ładnym miastem, aczkolwiek również w dosyć perwersyjny sposób. Wielkie place, ogromne ulice, gmaszyska mające na celu robić wrażenie samym swoim rozmiarem - coś na kształt naszego Pałacu Kultury.

przyroda w Armenii

Kiedy autobus dojeżdża do granicy irańsko-armeńskiej, wszyscy pasażerowie muszą wysiąść i po otrzymaniu wyjazdowego stempelka od straży granicznej, idzie się do Armenii pieszo. Należy przejść ogromny most, rozciągnięty nad rzeką, która dzieli dwa państwa, dwa światy, dwie cywilizacje. Kiedyś była to dodatkowo granica, za którą rozciągał się bezkresny Związek Radziecki. Jest czwarta rano, noc powoli zmienia się w dzień, przede mną rozciąga się górski krajobraz, od którego zaczyna się inna rzeczywistość. Po otrzymaniu kolejnego, tym razem armeńskiego stempelka stałem na ciemnym parkingu i podbiegły do mnie trzy bezpańskie psy. Łasiły się przez chwilę a ja zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy widzę psy, które nie boją się człowieka. W cywilizacji islamu pies jest zwierzęciem nieczystym, niechcianym, kompletnie nieobecnym. Pomyślałem sobie wtedy, że Europa to miejsce, w którym zaczynają się psy.

sobota, 26 kwietnia 2014

z Rasht do Tabriz

Jestem w podróży od ponad dwóch miesięcy, odwiedziłem dopiero dwa kraje, ale miałem okazję doświadczyć już 5 różnych języków i przynajmniej trzech różnych alfabetów. Na północy Indii mówi się w hindi i pisze alfabetem devanagari (który na szczęście znam) ale na południu dochodzi malajalam i tamilski (oraz ich odpowiednie alfabety). W Bombaju jest jeszcze marathi, który też ma swój własny zapis, ale nawet nie podejmowałem się go zgłębiać - na szczęście Bombajczycy powszechnie posługują się angielskim i hindi. W Iranie jest niby głównie język perski (zapisywany nieznanym mi pismem arabskim), ale w Tabrizie, gdzie właśnie wylądowałem, mieszkają Azerowie i mówi się zasadniczo po turecku. Przede mną Armenia (kolejny język, kolejny alfabet) a potem Gruzja (kolejny język, kolejny alfabet). W tych krajach mówi się również po rosyjsku, zapisywanym w jeszcze innym alfabecie. Szaleństwo! Zwłaszcza w Iranie jest ciężko, bo większość ludzi zna tylko i wyłącznie perski, w knajpach menu jest tylko w arabskich literkach, podobnie wygląda sytuacja z rozkładami jazdy na dworcach autobusowych (jeśli w ogóle są) i generalnie rzecz biorąc z wszystkimi informacjami. W dodatku internet zazwyczaj nie działa a jeśli nawet działa to połowa stron jest ocenzurowana - ciężko się czegokolwiek dowiedzieć. Trzeba się szybko uczyć - wczoraj jadąc taksówką przez Tabriz odbyłem prostą, ale w miarę płynną rozmowę z kierowcą po persku - po prostu czasami nie ma wyjścia, kiedy twój rozmówca nie zna nawet słów takich jak "yes" czy "no" - musisz wyjść mu naprzeciw. Zabawne było to, że dla nas obu perski był językiem obcym - pomimo tego, że wciąż byliśmy w Iranie. W tej części kraju turecki panuje jednak w sposób niepodzielny.

W Tabrizie mieszkam u sympatycznego Azera, który prowadzi małą restauracyjkę - wczoraj spędziłem w niej pół dnia, poznając zarówno stałych klientów jak i przypadkowych gości. Chłopak przedstawia się jako "Johny" i ewidentnie ogląda bardzo dużo amerykańskiego kina, bo mówi po angielsku z silnym akcentem wziętym prosto z filmów Tarantino. Podobnie zresztą jak jego koledzy. Czułem się trochę jak w środku filmu "Brooklyn Boogie" Wanga - kto oglądał ten wie o czym mówię. Pizzeria przez kilka godzin stanowiła mały wszechświat, w którym od czasu do czasu lądowali podróżnicy z innych planet. Było zabawnie, kiedy wpadali kumple Johny'ego o typowo azerskiej urodzie i witali mnie tekstami w stylu "So you are staying with this motherfucker? Good choice bro, he makes the best fucking pizza in the town".

Wieczorem Johny wyciągnął mnie na rodzinną imprezę, gdzie miałem niewątpliwą przyjemność zaznać azerskiej gościnności - konsumowano wódkę, ryż, oraz smażone baranie jądra (serio!). Ojciec Johny'ego jest w połowie Rosjaninem, jego przodkowie byli posiadaczami ziemskimi, którzy stracili wszystko po rewolucji bolszewickiej - w związku z tym nienawidzi Lenina bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Nie przepada też za islamem - musiałem wypić z nim wielką szklankę wódki "za ateizm". Jego wiedza na temat Polski była typowa dla Iranu - kojarzył tylko dwie osoby - Lecha Wałęsę (jego zdrowie też musiałem wypić) i Roberta Lewandowskiego. Pytał też czy nie jestem Żydem -  w Iranie powszechnie uważa się, że w Polsce musi mieszkać mnóstwo Żydów, bo przecież w czasie drugiej wojny światowej Hitler postanowił się z nimi rozprawić właśnie u nas. Od pierwszego dnia pobytu mam zresztą ksywkę "Szimon Peres" - wszystkich niezwykle bawi moje żydowskie imię. Po kolejnych rozmowach i toastach zaczęła się zabawa - wszyscy obecni (w tym - dziadek, babcia, wujek, ciocia itd.) tańczyli do zestawu hitów w stylu "Waka waka" oraz "Coco Jumbo" - a wszystko to w muzułmańskim Iranie. Życie nie szczędzi niespodzianek.

Przed Tabrizem byłem jeszcze przez kilka dni w mieście Rasht nad Morzem Kaspijskim - to kolejny odrębny region Iranu, nazywa się Gilan, mówi się tam w języku gilati a krajobrazy przypominają Gruzję - tylko, że momentami jest jeszcze ładniej. Zielone pagórki, drewniane wioseczki, prości rolnicy, babki w chustach identycznych jakie noszą starsze kobiety w Polsce - po prostu rustykalna sielanka. W tym regionie ludzie podobno standardowo dożywają ponad setki a był nawet taki zawodnik, który dożył 150 lat. Kuchnia też inna niż na południu - mniej kebaba, więcej świeżych warzyw i zaporowe ilości czosnku. Być może ten czosnek stanowi sekret długowieczności, he he. Rasht słynie z dosyć wilgotnego klimatu, często tu pada, co stanowi wielką atrakcję dla mieszkańców pustynnych regionów Iranu - przyjeżdżają tu całe wycieczki, żeby doświadczyć deszczu. Przyznacie, że nie jest to być może specjalnie zachęcająca perspektywa dla Europejczyków, ale tak czy siak Gilan naprawdę warto odwiedzić. Nie wiem na czym to polega, ale panuje tu zdecydowanie bardziej zrelaksowana atmosfera niż na południu - nie tylko powietrze jest świeże, ale również w relacjach międzyludzkich czuć większy powiew wolności.

złota perska "młodzież" - pierwszy z prawej - Milad
W Rasht zatrzymałem się u Milada, który jest klasycznym bon-vivantem - ma 31 lat ale wciąż mieszka z rodzicami i bynajmniej nie planuje życiowej stabilizacji. Milad pracuje jako grafik komputerowy, jednoznacznie deklaruje się jako niewierzący i głównie interesują go podróże i dziewczyny. Jeździmy bardzo szybko po mieście samochodem, co chwilę spotykając jakichś jego znajomych bądź znajome, wpadając do knajpek na herbatę albo po prostu spacerując po centrum Rasht. Wszyscy jego kumple są przystojni, dobrze ubrani i mają bardzo podobny światopogląd. Dziewczyny, z którymi się spotykamy są piękne, młode i ewidentnie niespecjalnie przejmują się religijnymi przykazaniami islamu. Milad jest przy tym bardzo w porządku gościem, wszyscy bardzo go lubią i on też lubi wszystkich - życie w Rasht kręci się w kręgu przyjaciół, którzy zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale każdy jest mile widziany. Milad ma też śliczną siostrę, która studiuje językoznawstwo i miałem okazję pogadać z nią o tak fascynujących postaciach jak Noam Chomsky czy Ferdinand de Saussure oraz poznać kilka sekretów perskiej fonologii;-) Poszliśmy też razem na koncert undergroundowej sceny muzycznej z Rasht - granie zachodniej muzyki jest oczywiście w Iranie nielegalne, więc wszystko było top secret. Za takie granie można pójść do więzienia - i to nie jest żart. Zespoły zaskakująco dobre, totalnie na czasie, w repertuarze oprócz własnych piosenek miały np. też covery takich formacji jak Grizzly Bear - nie spodziewałem się tego szczerze mówiąc po Iranie. Jak już wcześniej wspomniałem - życie nie szczędzi niespodzianek.

Masouleh
W okolicy Rasht jest też wioska Masouleh. Ludzie mieszkają tam od tysiąca lat, a domy wybudowane są na zboczu góry w taki sposób, że dachy budynków na dole stanowią podwórka domów górnych. Żeby dostać się do Masouleh, trzeba dwa razy skorzystać z tak zwanych "wspólnych taksówek". To najbardziej popularny w Iranie sposób przemieszczania się - taksówki mają z góry ustalone trasy i czekają na klientów w znanych wszystkim miejscach. Oczywiście trzeba najpierw zasięgnąć języka u lokalnej ludności, bo te "stałe trasy" i "znane wszystkim miejsca" są oczywiście dosyć umowne i trzeba po prostu wiedzieć gdzie pójść, żeby znaleźć odpowiedni transport. Wujek Google nic nam tu nie pomoże. Znajomość angielskiego również. Trzeba znać kilka słów po persku i dobrze gestykulować. Kiedy jednak dotrze się już na miejsce, widoki zapierają dech w piersiach. Wszystko skąpane jest w zieleni, unosi się delikatna mgła i ma się wrażenie, że całe otoczenie znajduje się w kompletnie innej rzeczywistości. Stałem na jednym z dachów i patrzyłem na zbocze znajdujące się na przeciwległym brzegu doliny, na strumień spływający z gór do wioski, na ludzi powoli zajmujących się swoimi codziennymi sprawami. Stałem tam przez godzinę, chłonąc otaczające mnie piękno, chciałem nim oddychać, chciałem je ssać.


niedziela, 20 kwietnia 2014

o Teheranie i niebiańskich dziewicach

Po dwóch tygodniach konsekwentnego zapuszczania się na coraz bardziej południowe skrawki Iranu, przyszedł czas na powrót na północ. W Shiraz dokonałem tylko jeszcze operacji przedłużenia wizy - można zrobić to w specjalnym urzędzie do spraw obcych (Immigration Office for Aliens). Teoretycznie wizy otrzymanej na lotnisku nie wolno przedłużać, ale jak to ze wszystkim w Iranie bywa - są rzeczy, których nie wolno, ale można. Wymaga to specjalnej rozmowy z oficerem policji, który zadaje różne trudne pytania (wszak mogę być szpiegiem). Tym razem rozmowa nie była trudna - pan policjant z wielkim uśmiechem powiedział tylko "Polska? Bolek i Lolek! Very good!". No nie sądziłem, że w jednostce policji kraju "Osi Zła" będę rozmawiał o polskich kreskówkach. Z odnowioną wizą wsiadłem na pokład samolotu lokalnych linii Iran Aseman Airlines i wyruszyłem z powrotem do Teheranu.

Teheran z góry      

Teheran to brzydkie miasto. Jestem generalnie miłośnikiem miast, każde jest dla mnie nowym, fascynującym odkryciem, ale Teheran nie zapisze się miło w mojej pamięci. Jest przeogromnym, potwornie zanieczyszczonym spalinami molochem, w dodatku właściwie bez żadnych zabytków, które mogłyby uzasadniać jego zwiedzanie. Wiele osób krytykuje Delhi, ale to zupełnie inna historia - Delhi to swoista karykatura miasta, coś jednocześnie pięknego i przerażającego, gdzie wyjeżdżasz z lśniącego czystością metra na ulicę i nagle widzisz kozę a obok niej żebrzące małe dzieci. Delhi jest miastem z alternatywnej rzeczywistości, Teheran to rzeczywistość jak najbardziej namacalna i powszednia. W dodatku klasyczne zagłębie tanich hotelików mieści się przy Amir Kabir Street, ulicy, na której znajdują się głównie warsztaty samochodowe i sklepy z akcesoriami typu opony, akumulatory czy wycieraczki. Jak dla mnie koszmar z najgorszego snu - tak mogłoby wyglądać piekło. Wyznam szczerze - nigdzie na świecie nie czuję się tak źle jak w warsztacie samochodowym :-)

A propos piekła - żartowaliśmy sobie z tego w Shiraz razem z kolegą Bobem z Australii i kilkoma zaprzyjaźnionymi Irańczykami. Bob chciał koniecznie wiedzieć, co dzieje się z muzułmankami po śmierci - no bo faceci wiadomo - trafiają do raju, gdzie przez wieczność otoczeni są przez piękne dziewice. Czy kobiety spędzają wieczność w towarzystwie przystojnych prawiczków? Nikt nie umiał na to odpowiedzieć, ale kolega Milad z Shiraz (wielki fan 50Centa) rzucił rezolutnie - "w niebie faceci mają piękne kobiety, w piekle też, ale niestety wszystkie są z rodziny". Bardzo sprytne - no bo przecież kobiet z rodziny nie można tknąć. Padła też teoria, że w niebie wszyscy mają papierosy, ale nikt nie ma zapałek, dlatego też często dochodzi do wymiany handlowej - ci z dołu przekazują do nieba trochę piekielnego ognia a w zamian za to dostają kilka dziewic na własny użytek. Wszyscy mieli z tej rozmowy mnóstwo ubawu, także nasi muzułmańscy koledzy, więc nie taki diabeł straszny jak go malują.

perskie koty w słońcu

Bob z Australii to kolejna ciekawa postać, jaką poznałem w drodze. Ma około 60 lat, mieszka sobie w małej wsi w okolicach Melbourne a kiedy mu się nudzi wsiada w samolot linii Air Asia (to taki azjatycki Ryanair, tylko jeszcze tańszy) i włóczy się po Indiach, Tajlandii czy Malezji. Przez rok mieszkał na Sri Lance, ale jego ulubiony azjatycki kraj to Indonezja. Ma setki świetnych historii do opowiedzenia, rzekomo pił wodę z Gangesu oraz uważa, że przeżył życie w najlepszy możliwy sposób i gdyby ktoś go za chwilę zastrzelił, to nie miałby z tym żadnego problemu. Pewnego dnia przyniósł z targu oliwki z miodem, piklowane kwiaty czosnku (nie wiedzieliście, że jest coś takiego? ja też nie wiedziałem) oraz świeży chleb, zaparzyliśmy do tego mnóstwo herbaty i zrobiła się impreza prawie do samego rana - oczywiście bez grama alkoholu. Nasi irańscy przyjaciele opowiadali jak im się ciężko żyje w teokratycznym państwie, nastroje zrobiły się rewolucyjne, mam nadzieję, że nikt w towarzystwie nie był z tajnej policji, he he.

Iran to naprawdę ciekawy kraj, myślę, że kluczowy do zrozumienia bliskowschodniej rzeczywistości. To stąd przez setki lat promieniowała kultura, tutaj budowało się pałace, jadło wykwintne potrawy, spędzało czas w pięknych ogrodach. Język perski miał ogromny wpływ na języki sąsiadów, gdy uczę się nowych wyrażeń jestem w szoku jak wiele słów w hindi jest wziętych bezpośrednio z perskiego. Czasami nawet rozumiem trochę co mówią ludzie na ulicy, bo wychwytuję pojedyncze słowa, które znam z lekcji hindi. Irańczycy są zresztą przez to trochę rasistami - przynajmniej dwa razy usłyszałem wprost, że cała kultura którą mają Arabowie czy Afgańczycy to tylko odbłysk kultury perskiej. Iran to trochę taki kraj na rozdrożu. Niezwykłe jest to, że z jednej strony graniczy z Turcją i Armenią, czyli krajami do pewnego stopnia europejskimi, a z drugiej z Pakistanem, czyli rzeczywistością raczej indyjską. Irańskie miasta naprawdę nie różnią się zbytnio od europejskich - przypominają trochę śródziemnomorskie ośrodki miejskie, chociaż oczywiście w Europie nie ma tylu meczetów i nie każde centrum miasta to bazar. Gdyby dziewczyny zdjęły chusty i czadory, to nawet wizualnie Iranki są podobne do Włoszek czy Greczynek. O dziwo, kilka razy mnie wzięto za Persa - byłem pytany o drogę w języku perskim i moi rozmówcy byli mocno zaskoczeni, że ich nie rozumiem. Czyżbym aż tak bardzo był już opalony?

 Ja mam taką, kontrowersyjną dosyć, teorię, że prawdziwa Azja zaczyna się na północ i wschód od Himalajów. Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Tajowie, Wietnamczycy, itd. itp. - tam ludzie wyglądają inaczej, mówią w zupełnie innych językach, są naprawdę odmienni. Iran czy Indie (zwłaszcza północne) to ciągle fragment szerszej kultury indoeuropejskiej. Myślę, że jest to typowy przykład kontinuum - skrajne elementy są bardzo od siebie różne, ale części położone blisko siebie często przechodzą płynnie jedna w drugą. Tak jest też trochę z Polską. Mamy dyskusje, czy Polska należy od świata kultury Europy Zachodniej, Wschodniej, może Centralnej? Prawie każdy Polak powie, że nasz kraj jest bardziej w obrębie kultury zachodniej, natomiast KAŻDY obywatel krajów Zachodu, z którym o tym rozmawiam jednoznacznie stwierdza, że Polska to kraj Europy Wschodniej. Nawet ostatnio pytam wprost- i mam sto procent odpowiedzi tego typu. Jaka jest prawda? Taka, że obie odpowiedzi są prawidłowe - jesteśmy krajem, który jest jednocześnie na Wschodzie i na Zachodzie. I takich nas trzeba kochać :-)

PS. W Iranie nikt nie wie, że jest Wielkanoc.