piątek, 18 września 2015

Bromo

Wulkan Bromo to bezsprzecznie jedna z największych atrakcji Indonezji. Być na Jawie i nie widzieć Bromo? To tak jakby być we Francji i nie zobaczyć wieży Eiffla. Oczywiście zrodziło to wielki boom turystyczny i już od Yogyakarty wszyscy próbują sprzedać każdemu wycieczkę na wulkan.

Na Bromo można dostać się na dwa sposoby - łatwy i trudny. Sposób łatwy to oczywiście załatwienie wszystkiego przez agencję, sposób trudniejszy to dostanie się tam na własną rękę. Ponieważ od lat podróżuję "po swojemu" i naprawdę rzadko korzystam z usług biur turystycznych, także tym razem postawiłem na "zrób to sam". Dlaczego tak? Raz, że jest zazwyczaj znacznie taniej, dwa, można dzięki temu poznać więcej lokalnych realiów, korzystając z publicznych środków transportu, jedząc po drodze w małych knajpkach "dla tubylców" i gadając z ludźmi, zazwyczaj zadziwionymi że bule (tak tutaj mówi się na białasów) jedzie miejscowym autobusem zamiast klimatyzowanym samochodem.

Bromo z agencją wygląda tak. Już w Yogyakarcie podróżnik zostaje ulokowany w minibusie, który jedzie do wioski Cemoro Lawang, leżącej u samych stóp góry. Bilecik z agencji upoważnia też do noclegu w wybranym hotelu, oraz do transportu jeepem o 2 w nocy na specjalny punkt widokowy, gdzie widać Bromo (oraz dwa kolejne wulkany) w całej okazałości. Potem jeepy jadą do samego wulkanu, gdzie można zajrzeć do wnętrza bestii. Następnie turysta jest odwieziony z powrotem do hotelu, koniec wycieczki. Fajnie? Niestety nie bardzo, bo każdej nocy pod Bromo podjeżdża KILKADZIESIĄT jeepów, co powoduje, że ogląda się widoki w dzikim tłumie, złożonym głownie z Japończyków, Chińczyków i emerytowanych Niemców. Co więcej - kosztuje to sporo kasy, bo łącznie wychodzi spokojnie ze 300 złotych za całą wycieczkę, co jak na warunki Indonezji jest kwotą mocno astronomiczną.

Można jednak podejść do tego inaczej. Ja zrobiłem tak - w Yogyakarcie wykupiłem sam transport pod Bromo (bez hotelu, bez jeepów itd.). Kosztuje to co prawda 200 000 indonezyjskich rupii (około 50 zł), ale pozwala dostać się na miejsce w miarę sprawnie, chociaż i tak zajmuje to 11 godzin. Drogi na Jawie nie są w najlepszym stanie a ogólne przeludnienie oraz fakt, że prawie każdy ma motocykl albo samochód powoduje ogromny traffic jam - właściwie cały czas jedzie się w korku przypominającym osławioną drogę wylotową w stronę Radomia przez Raszyn ;-) Kierowca wyprzedza jak szalony, próbując ominąć sznur samochodów, stosując klasyczny jawajski zestaw - wymuszanie pierwszeństwa, wyprzedzanie poboczem, jazda pod prąd dopóki na horyzoncie nie pojawia się większe auto itd. Do tego cały czas rozmawia przez telefon komórkowy. W pewnym momencie postanowiłem nakręcić telefonem cały ten cyrk, jako że siedziałem z przodu, obok kierowcy. Kiedy jednak nagrałem go jak gada przez telefon wpadł w autentyczne przerażenie. "Tak nie wolno", łkał. "Nie wolno rozmawiać i prowadzić jednocześnie. Pan nikomu tego nie pokaże, prawda?". Uspokajałem go jak mogłem, że to tylko na pamiątkę, ale do samego końca miał minę zbitego psa. Potem chyba lekko zwariował, bo co chwilę krzyczał "traffic jam! traffic jam!" śmiejąc się przy tym jak opętany. No cóż, ważne że dowiózł wszystkich żywych na miejsce.

Do wioski Cemoro Lawang dostajemy się już po zmroku. Jest bardzo zimno - na wysokości 2000 metrów temperatura spada do 5 stopni powyżej zera. Po nieustannych upałach jawajskich nizin jest to duży szok - różnica temperatur wynosi 30 stopni. Na szczęście jeszcze z Polski zabrałem sweter, czapkę i szalik, więc aklimatyzuję się dosyć szybko. Na miejscu czeka na mnie Laure, sympatyczna Francuzka, którą poznałem jeszcze w Yogyakarcie i z którą postanowiliśmy wynająć wspólnie pokój. W międzyczasie Laure spotkała jeszcze fantastyczną parę z Hiszpanii, Borja i Cristinę, którzy też chcą odbyć nocną wycieczkę na własną rękę. Nocujemy w zwykłym homestayu o nazwie Subur, gdzie nie ma ogrzewania ale przynajmniej można wziąć ciepły prysznic. Obok znajduje się wypasiony hotel Lava - oczywiście turyści z agencji śpią w Lavie, płacąc za wszystko dwa razy tyle. Jedyny plus Lavy jest taki, że mają wifi, dlatego wpadam do nich na chwilę posprawdzać maile i wypić ciepłą herbatę z imbirem.

Wyruszamy o 3 nad ranem. Planujemy dotrzeć przed świtem na punkt widokowy, do którego wszyscy jadą jeepami. Jest... "rześko", mam na sobie sweter, bluzę, lekką kurtkę, czapkę i szalik, a i tak cieplej robi się dopiero po jakichś 20 minutach marszu pod górkę. Fantastyczna sprawa - idziemy zupełnie sami przez las, rozmawiamy o podróżach. Ja opowiadam o Indiach, Borja o niedawnej wyprawie przez Chiny - podobno Chińczycy przechodzą aktualnie fazę obsesyjnego robienia sobie selfie - na przykład chodzą po Wielkim Murze i robią sobie co 5 minut fotkę. Zaznaczam - sobie, nie Murowi. Laura opowiada natomiast o swojej niedawnej wycieczce do Lizbony, gdze podobno jest moda na robienie sobie w kościołach selfie z Jezusem w tle. W sensie - nie Portugalczycy to robią, tylko turyści. Tymczasem gdzieś w oddali widzimy korek kilkudziesięciu jeepów sunących powoli pod górę. Podejmujemy decyzję, że nie będziemy szli tam gdzie jadą wszyscy, tylko znajdziemy sobie ustronny punkt widokowy po drodze. Po jakichś dwóch godzinach marszu docieramy do idealnego miejsca - jesteśmy na leśnej ścieżce i mamy doskonały widok na olbrzymi krater, w którym znajduje się Bromo. To niezwykły widok - stary krater jest naprawdę ogromny, no i niesamowicie jest zobaczyć aktywne wulkany, który "wyrosły" na podkładzie starego, wygasłego. Kiedy nastaje świt, widok zapiera dech w piersiach. Zresztą zobaczcie sami.



Gdy docieramy z powrotem do wioski jest już 9 rano - spędziliśmy na trekkingu łącznie sześć godzin. Bierzemy szybki prysznic, wrzucamy śniadanie i ruszamy dalej - tym razem zobaczyć wulkan z bliska. Zabawna sytuacja - teoretycznie za wstęp na teren krateru powinniśmy zapłacić 220 000 rupii (dużo!), ale jako, że wszystkie jeepy już pojechały i nikogo nie widać "na bramce", postanawiamy po prostu wejść do środka nie płacąc ani grosza. Klasyczne wejście "po polsku" - na swoje usprawiedliwienie mam to, że na pomysł ten wpadli Hiszpanie ;-)

Idziemy po pyle wulkanicznym pokrywającym krater - nawet przez buty czuć jak jest gorący. I tu wydarza się coś czego się nie spodziewałem - moje buty - a nie były to byle jakie buty, tylko niezłe obuwie do biegania - zaczynają się... topić. Najpierw odpada część podeszwy lewego buta, potem zaczyna odklejać się podeszwa prawa. Nie jest mi do śmiechu, bo gdybym stracił te buty i musiał iść po popiele boso, chyba także moje stopy poszłyby na straty. Trzeba było jednak wziąć dobre, górskie obuwie! Na szczęście udaje mi się dotrzeć do samego wulkanu bez całowitych strat. I tutaj trafiam na coś czego po prostu nie da się opisać. Można zajrzeć "do środka", a tam słychać huk przypominający odgłos wielkiego wodospadu, wydobywają się obłoki siarki, widać jak bardzo ta góra... żyje. Kiedy siarkowa chmura zawiewa przez chwilę na nas zaczyna nam zapierać dech w piersiach dosłownie - siarka pali gardło i płuca. Wulkan budzi ogromny respekt i warto chociaż raz w życiu zajrzeć w głąb bestii, która może wybuchnąć w każdej chwili.

Niestety nadchodzi czas się rozstać. Po południu razem docieramy do Probolinggo skąd Laure, Borja i Cristina jadą dalej oglądać kolejny wulkan a ja ruszam do mojego Couchsurfingowego gospodarza u którego spędzę jedną noc. Chociaż to nie do końca prawda - sympatyczny chłopak o imieniu Hendra w ostatniej chwili pisze do mnie, że musi wyjechać z miasta, ale mogę przenocować... u jego rodziców. "Oni mówią po angielsku, dasz sobie radę", pociesza mnie. Tak zaczyna się jeden z najdziwniejszych etapów mojej podróży. Ląduję w zwykłym jawajskim domu, gdzie przyjmują mnie rodzice Hendry - faktycznie mówią po angielsku, ale tylko na poziomie pozwalającym na przekazanie najprostszych komunikatów. Tata i mama są dosyć wyluzowani, chociaż wszechobecne zdjęcia Mekki nie dają zapomnieć, że jestem u muzułmanów. Hendra ma dwie siostry - jedna jest okutana od stóp do głów w hidżab, natomiast druga wygląda jak europejska nastolatka. Cały czas zalotnie się do mnie uśmiecha i dwa razy PRZYPADKIEM natykam się na nią w korytarzu jak idzie do łazienki przyodziana tylko w ręcznik. Naprawdę ZABAWNA SYTUACJA.

Niestety dwa dni spędzone w podróży plus nocna wspinaczka powodują, że nie za bardzo mam ochotę się integrować, jedyne o czym marzę to prysznic i sen. Idę jeszcze na szybki spacer po miasteczku - w Probolinggo nie ma zbyt wielu białych, więc wzbudzam niezdrową sensację. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy idziesz sobie w poszukiwaniu jakiejś zupki na kolację a prawie wszyscy się na ciebie gapią. Dzieci wybuchają nerwowym śmiechem, chłopaki gadają do siebie ściszonymi głosami, starsi po prostu mierzą wzrokiem od stóp do głów. Panie, panowie, w Probolinggo wylądowało UFO!

Przed snem nie mogę pozbyć się widoku piekielnych wnętrz wulkanu. Na szczęście już jutro wyruszam w kierunku raju - bo przecież wszyscy mówią, że Bali to prawdziwie rajska wyspa. Wcześniej jednak jeden dzień w Banyuwangi - ostatnim miasteczku na Jawie, gdzie mam zamiar nie robić nic, porządnie się wyspać, odpocząć i poczytać autobiografię Franka Zappy - bo przecież nie można cały czas podróżować ;-)

wtorek, 15 września 2015

Borobudur

Pojawiają się czasem zapytania czym różni się Indonezja od Indii. No cóż, różnic i podobieństw jest wiele. Jeśli chodzi o pogodę to blisko Indonezji do południowych Indii - też jest bardzo gorąco i dosyć wilgotno. Właściwie w ciągu dnia trzeba ze 3-4 razy wziąć zimny prysznic żeby czuć się w miarę komfortowo. Jeśli chodzi o pory roku to w Indonezji jest lato przez 12 miesięcy, tyle tylko, że przez połowę tego lata pada. Ja trafiłem na koniec pory suchej i deszczu nie spadła od mojego przyjazdu nawet jedna kropla, ale podobno w porze deszczowej potrafi lać non stop przez wiele dni.

Podobne są ceny żywności - jeśli je się w "lokalnych" knajpkach, można spokojnie znaleźć danie obiadowe za 5 polskich złotych. I to nie jest byle jakie danie - dzisiaj w restauracji sumatrzańskiej (?) zjadłem Nasi Rendang, czyli oficjalnie najlepszą potrawę świata według głosów ankiety przeprowadzonej swego czasu przez CNN. Gdyby ktoś miał ochotę zweryfikować - tutaj link Najlepsze jedzenie na świecie - 2011 rok. Zapłaciłem za to 17 000 indonezyjskich rupii, czyli w przeliczeniu na złotówki według dzisiejszego kursu - dokładnie 4 złote i 38 groszy. Często ludzie pytają mnie jak to robię, że stać mnie na wakacje w Azji. Odpowiadam zawsze - jeżdżę na wakacje do Azji bo nie stać mnie na wakacje w Europie ;-)

Rendang wygląda tak jak na poniższym obrazku. Może nie jakoś bardzo apetycznie, ale jest naprawdę dobry. Chociaż pewnie nie dałbym tej potrawie pierwszego miejsca na świecie ;-) Generalnie jest to wołowina namoczona w mleku kokosowym z przyprawami, po czym gotowana powoli tak, żeby mleko odparowało i pozostawiło tylko esencję smaku.


Co jeszcze jest podobne? Na pewno szalony ruch drogowy, na pewno pewna dowolność w kwestii punktualności i terminowości, no i z pewnością fakt, że biały wciąż stanowi lokalną sensację. Straszono mnie, że wszyscy będą chcieli tu sobie ze mną robić zdjęcia (tak jest też zresztą w Indiach) ale jak dotąd nie dostałem ani jednej propozycji - widocznie za mało jestem podobny do atrakcyjnej blondynki ;-)

Jeśli chodzi o różnice, to widać je na przykład w stosunku do żebraków. W Indiach są wszechobecni i nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. Jeśli na ulicy leży starsza kobieta bez środków do życia - cóż, widocznie taka karma, musiała sobie na to zasłużyć. Hindusi są w tych kwestiach dosyć bezwzględni. Indonezyjczycy to muzułmanie, a jednym z obowiązków pobożnego wyznawcy islamu jest dawanie jałmużny - jest to równie ważne jak codzienna modlitwa. Dlatego też mnóstwo jest np. ulicznych grajków, czasem lepszych czasem gorszych, którzy podchodzą do gości w knajpie i zawsze dostają te kilka monet.

Indonezyjczycy są chyba też mniej wścibscy - w Indiach każda rozmowa zaczyna się jak przesłuchanie. "Jak się nazywasz? Z jakiego jesteś kraju? Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Jesteś żonaty? Masz dzieci? Czemu nie jesteś żonaty? Czemu nie masz dzieci?". Zwłaszcza kwestie rodzinne niezwykle interesują Hindusów i nie mogą nigdy zaakceptować tego, że ktoś może mieć np. 30 lat i nie być w związku małżeńskim. Mieszkańcy Indii czasami przypominają roboty funkcjonujące według określonego programu. Zwłaszcza dwa punkty tego programu są kluczowe. Punkt pierwszy - jak najszybciej się ożenić. Punkt drugi - jak najszybciej spłodzić jak najwięcej potomków. Doprowadziło to już w tym momencie do potwornego przeludnienia kraju a jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni to będzie tylko gorzej. Indonezja oczywiście też jest bardzo przeludniona (zwłaszcza Jawa), ale przynajmniej temat rozmnażania nie pojawia się w rozmowie z każdym tubylcem poznanym na ulicy.

Kolejną ważną rzeczą jest podejście do kawy. W Indiach kawy się właściwie nie pija, tam króluje wszechobecna słodka herbata z mlekiem. Indonezja natomiast kawą stoi i kopi (tak po indonezyjsku nazywa się kawa) jest do dostania w każdej knajpie i budce z żarciem. Najsłynniejszą i najdroższą z tutejszych kaw jest kopi luwak, czyli gatunek wytwarzany z ziaren kawy wydalanych przez sympatyczne zwierzątko o nazwie cyweta. Cyweta żywi się między innymi owocami kawowca,ale nie trawi nasion tylko miąższ. Zwierzę jest ponoć wybredne i wybiera tylko najlepsze owoce, a dodatkowo po przejściu przez jego przewód pokarmowy zaparzone ziarna nabierają wyjątkowo delikatnego smaku. Miałem przyjemność skosztować kopi luwak odwiedziwszy w Yogyakarcie niejaką Emi, autorkę znakomitego bloga Emi w drodze. To zabawne, bo bardzo dużo informacji o Indonezji zaczerpnąłem właśnie z jej bloga (Emi mieszka tu już ponad dwa lata) a teraz mieliśmy okazję spotkać się twarzą w twarz na miejscu. Emi może wam sprzedać kopi luwak tutaj http://luwabica.com/.


Jawa kryje w sobie wiele niespodzianek. Oprócz wszechobecnych meczetów zdarzają się też świątynie hinduistyczne, ale największym zaskoczeniem był dla mnie Borobudur, czyli największa buddyjska stupa na świecie. Jest oddalona godzinę jazdy samochodem od Yogyakarty i stoi tam prawdopodobnie od IX wieku. Były to czasy kiedy Jawa była jeszcze pod wielkim wpływem myśli indyjskiej i buddyzm musiał być jedną z ważniejszych religii na wyspie. Swoją drogą, właśnie w okolicach IX wieku buddyzm zaczynał zanikać w samych Indiach, wypierany przez renesans hinduizmu a potem wojujący islam. Budowla ma 35 metrów wysokości i można obchodzić ją wokół, jednocześnie wspinając się coraz wyżej. W dolnej części znajduje się 2000 reliefów przedstawiających różne sceny z życia Buddy. Generalnie Borobudur dzieli się na trzy poziomy. Pierwszy, najniższy symbolizuje "świat żądz", czyli rzeczywistość większości ludzi żyjących w iluzji, że poprzez realizowanie różnego rodzaju zachcianek można osiągnąć szczęście.  Poziom drugi "świat form", to rzeczywistość praktykujących buddyzm, którzy widząc formy i przedmioty nie są do nich przywiązani. Najwyższy, trzeci poziom to "świat bez form", najdoskonalsza forma realizacji. Zarezerwowana dla istot oświeconych ;-) Przyznam szczerze, że chyba żadne miejsce jak dotąd nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Jest czyste, proste i piękne. Co ciekawe - przez kilkaset lat stało właściwie zapomniane, porośnięte dżunglą i pokryte popiołem z wybuchającego nierzadko w okolicy wulkanu Merapi. Kto je odkrył? Oczywiście Anglicy, podobnie jak wiele zabytków starożytnych Indii, które w XIX wieku dawno popadły w zapomnienie.


To już moje ostatnie chwile w Yogyakarcie. Jest tu na pewno ciszej i spokojniej niż Jakarcie, czuć jednak że jest to miejscowość turystyczna. Na głównej ulicy miasta wprost roi się od sklepów, sklepików i restauracyjek, nie brakuje też niestety naganiaczy. Najgorsi są lokalni kierowcy becaków, czyli tutejszych rowerowych riksz, którzy tylko czają się żeby wsadzić białego do swojego wehikułu, zawieźć gdziekolwiek i zażądać potem absurdalnie wysokiej ceny. Nie można przejść 100 metrów, żeby nie usłyszeć zaczepek w stylu "Hey, mister, where are you going, need transport?". Wszystko odbywa się oczywiście z uśmiechem i w miłej atmosferze, ale ja po prostu nie lubię czuć się zwierzyną łowną. A taki już mój feler, że w nowych miejscach najchętniej poruszam się piechotą - jest zdrowiej i na pewno więcej można zobaczyć.

Jutro z rana wyruszam do północny wschód. Najpierw 11-godzinna podróż autobusem przez drogi i bezdroża Jawy a potem wspinaczka na wulkan. Stay in touch ;-)

niedziela, 13 września 2015

Yogyakarta

Co to za kraj ta Indonezja? 17 tysięcy wysp, 300 grup etnicznych, 700 języków - trochę przypomina to Indie, trochę dawny ZSRR, trochę... Unię Europejską. Nie wszyscy obywatele Indonezji chcą być Indonezyjczykami - na przykład Papuasi z Nowej Gwinei chętnie utworzyliby swoje własne państwo. Większość jednak akceptuje zastałą sytuację, a także dominację Jawy jako wyspy gdzie znajduje się stolica, gdzie obraduje rząd i skąd na cały archipelag promieniuje pewien wzorzec kulturowy.

Nie będę tutaj udawał specjalisty od Jawy, bo pomimo wertowania internetu i przeczytania kilku książek na temat Indonezji moja wiedza jest wciąż szczątkowa. Podobno jednak kluczem do zrozumienia jawajskiej kultury jest wizyta w Yogyakarcie, czyli stolicy kulturalnej i artystycznej Indonezji. Yogya (jak pieszczotliwie nazywają ją mieszkańcy) przywitała mnie intensywnie - "taksówka", którą pojechałem do hotelu to nie był samochód a zwykły motocykl - tak zwany ojek - podstawowa forma transportu w mieście. Ruch wszystkostronny, prędkość niebagatelna a ja z tyłu motocykla z plecakiem z trudem łapię powietrze. Jak to śpiewał kiedyś Bauagan Mistrzów: "albo masz przygody, albo nie masz przygód".

Hotel tym razem wyjątkowo trafiony. Rumah Zen Homestay to po prostu zwykły dom położony w jednej z bocznych uliczek, ale urządzony w lekko "new age" stylu. Jest czysto, jest wygodnie, woda mineralna za darmo w dowolnych ilościach ale najlepsza jest łazienka - mój pokój ma po prostu dodatkowe, całkiem niemałe pomieszczenie bez dachu, gdzie zamontowano prysznic i kibelek. Wrażenie jest takie jakby brało się ten prysznic na wolnym powietrzu - fantastyczne uczucie. A prysznic bierze się często bo średnia temperatura to 35 stopni. Mam też w pokoju gekona, ale podobno to standard. W domu oprócz mnie mieszka jeszcze kilku białasów, ale raczej nie wchodzimy sobie w drogę - generalnie pewne rzeczy się nie zmieniają, biały człowiek w Azji kiedy widzi drugiego białego człowieka natychmiast odwraca się, przechodzi na drugą stronę ulicy, albo co najmniej zatapia wzrok w smartfonie. Naprawdę nie kumam o co w tym chodzi, ale Europejczyk w Azji chodzi nieustannie w wielkiej bańce mydlanej swojego indywidualizmu. Dotyczy to zwłaszcza przybyszów z tzw. Europy Zachodniej - czasami myślę, że oni po prostu zasługują na zagładę ;-)



Po co mi jednak nudni Szwedzi czy Holendrzy skoro jest tylu fajnych Indonezyjczyków? Dzięki Couchsurfingowi poznaję dziewczynę o imieniu Fadella (na zdjęciu druga z lewej) oraz jej zabawnych znajomych. W Yogyakarcie muzułmanki są bardziej widoczne niż w Jakarcie - większość dziewczyn nosi hijab. Fadella jest jedną z nich, jednak ze swojego hijabu jest dumna, żali mi się nawet, że kiedyś jakiś Australijczyk ją wyśmiał i powiedział, że ubiera się nieżyciowo. Pomimo tego co myśli się w Europie, wiele kobiet zakrywa się tutaj całkowicie dobrowolnie - jest to dla nich podkreślenie własnej religijności. A Fadella podchodzi do swojej wiary bardzo poważnie. Idziemy do knajpki o kontrowersyjnej nazwie SS - jest to skrót od Special Sambal (sambal to po prostu pikantny sos na bazie chilli). W trakcie lunchu Fadella nagle przeprasza mnie i mówi, że musi pójść się pomodlić - idzie do specjalnego pomieszczenia o nazwie musholla aby odprawić jedne z pięciu codziennych modłów. Robi to z taką samą naturalnością z jaką Polka poszłaby do toalety przypudrować nosek.


Centralnym miejscem Yogyakarty jest Kraton, czyli Pałac Sułtana. Jest to zespół budowli niesłychanie lekkich i eleganckich, przy okazji pokazujących wyjątkowy styl architektoniczny Jawy, czyli domy składające się z podłogi i sufitu, ale bez ścian. Sufit podtrzymują kolumny, dzięki czemu jest przewiewnie (ważne w tutejszym klimacie) a sułtan pewnie nie musiał obawiać się złodziei w obrębie swojej posesji. Jedną z głównych przyczyn dla których tutaj przyszedłem jest jednak gamelan - w pałacu odbywają się regularne koncerty, często w towarzystwie tancerek. Spełniam więc z nawiązką swoje plany na Indonezję - wszak dla gamelanu tu przyjechałem ;-) Koncert jest bardzo spokojny, powolny, gongi leniwie snują swoje melodie a do tego tancerki i tancerze poruszają się "z lekkością płynącej rzeki, niczym chmury sunące po niebie". W jawajskim tańcu można dostrzec zarówno wzorce tańców indyjskich, takich jak bharatanatyam jak i figury chińskiego tai chi. Skąd wpływy indyjskie w Indonezji? Generalnie między V a XV wiekiem kultura i cywilizacja Indii królowały na wyspach. Dominującymi religiami był buddyzm i hinduizm a rządzące Jawą dynastie mocno czerpały z wzorców z subkontynentu. Niezwykłe jest to, że pomimo iż od kilkuset lat w Indonezji niepodzielnie rządzi islam, wciąż widać mnóstwo indyjskich wpływów. Dość powiedzieć, że w Yogyakarcie regularnie można obejrzeć Ramayanę wystawianą w formie teatru tańca z akompaniamentem gamelanu. Zresztą miałem przyjemność to zobaczyć - znakomicie pokazuje fuzję dwóch kultur. Gamelan dzwoni, pani śpiewa po jawajsku, a na scenie Rama, Sita, Hanuman i inni po raz kolejny odgrywają jedną z najbardziej kultowych opowieści w historii ludzkości.


sobota, 12 września 2015

Jakarta/Dżakarta, albo życie to surfing

Każdy przewodnik po Indonezji mówi, żeby unikać Jakarty (czy też Dżakarty, jakoś nie może mi ta druga wersja przejść przez klawiaturę). Straszą, że korki, że brud, że nie ma chodników, że zero zabytków, koszmar normalnie. Podobnie pisze się o indyjskim Delhi, a jest to jednakowoż chyba moje ulubione miasto w Indiach. Żeby docenić Delhi albo Jakartę trzeba po prostu być miłośnikiem wielkich azjatyckich miast, bo są to MIASTA przez wielkie M, nie zapyziałe dziury jak europejskie miasteczka ;-) Tutaj miliony ludzi jednocześnie próbuje załatwić swoje interesy, pojazdy wszelkiej maści jadą naraz we wszystkie strony świata, uliczni handlarze zarabiają na miskę żarcia, zapachy egzotycznych przypraw mieszają się ze smrodem spalin i brudu. I tak jest właściwie 24 godziny na dobę. Dla mnie każde takie miasto to wyzwanie - chcę opanować lokalny system transportu, dowiedzieć się gdzie najlepiej i najtaniej zjeść, poznać trochę ludzi, pogadać o ich życiu. Taki trochę miejski surfing, tylko nie po falach oceanu a po wielkich miejskich arteriach. Zieleń, przyroda, wiejska cisza? Sorry, ale po taki zestaw wrażeń to ja sobie mogę pojechać w Góry Świętokrzyskie. Co nie znaczy, że zieleni, ciszy i spokoju nie lubię - po prostu podoba mi się i to i to.

A przy okazji porada od buddysty dla buddyjskich kolegów/koleżanek. Nie ma lepszej okazji na medytację niż w trakcie przechodzenia przez ulicę w Jakarcie (albo Delhi, Mumbaju itp.). Nie ma lepszej motywacji do bycia tylko TU i TERAZ kiedy przechodzisz przez jezdnię na której w obie strony zasuwa potok samochodów, motocykli i riksz. Czasami są to na przykład 3 pasy ruchu w każdą stronę a NIKT nie zatrzymuje się dla pieszego. Lokalna ludność po prostu wchodzi i z pełnym spokojem manewruje między samochodami, które też tak naprawdę uważają żeby nikogo nie potrącić. To wymaga pewnej wprawy i zimnej krwi, kiedy już się jednak człowiek tego nauczy to daje ogromną satysfakcję. Polecam jako formę medytacji z całkowitą powagą.

Podczas pobytu w Indonezji postanowiłem jak najwięcej korzystać z Couchsurfingu. Pewnie każdy wie co to takiego, ale na wszelki wypadek - to międzynarodowy portal służący do poznawania ludzi w krajach, które się odwiedza. Nie jest to portal randkowy (choć różnie to czasami bywa ;-)), chodzi bardziej o to, żeby poznać ludzi, którzy chcą oprowadzić cię po swoim mieście, pokazać lokalne atrakcje, także z mniej turystycznej strony. Wielu "tubylców" proponuje też nocleg, co daje okazję poznania danej kultury jeszcze bliżej - kilkukrotnie korzystałem z tego w Iranie, dzięki czemu miałem możliwość zobaczyć jak Irańczycy żyją na co dzień. Bywa to też oczywiście nieco upierdliwe, bo czasami ma się ochotę pobyć samemu, a często couchsurfingowy gospodarz (zwłaszcza w krajach muzułmańskich) ma poczucie, że powinien zajmować się swoim gościem od świtu do nocy. Tak więc w Indonezji na razie śpię w hotelach, a z "gospodarzami" spotykam się w mieście. Zamieściłem "ogłoszenie", że chętnie spotkam się z kimś na kawę i czekałem na odpowiedź, licząc po cichu, że może ze dwie osoby zareagują. W ciągu dwóch dni dostałem 35 zaproszeń...

Swego czasu miałem przyjemność wraz z zespołem Pustki występować w Teatrze Rozmaitości, grając w sztuce "Cokolwiek się zdarzy, kocham cię". W jednej ze scen bohater grany przez Rafała Maćkowiaka próbuje poderwać Magdę (w tej roli Agnieszka Podsiadlik). Nie wie jeszcze, że Magda jest lesbijką. Ona próbuje mu to wytłumaczyć mówiąc: "Bo wiesz... Ja wolę dziewczyny". "Od chłopaków?" - nie może uwierzyć Rafał. No więc ja też wolę dziewczyny od chłopaków i w Jakarcie spośród tych 35 zaproszeń postanowiłem wybrać zaproszenia od dziewczyn ;-)

Dzięki temu poznałem Lidię, Astrid i Laras. Lidia studiuje na Uniwersytecie Jakarckim stosunki międzynarodowe i myśli o karierze dyplomatki. Na razie rusza na staż do sułtanatu Brunei ale marzy jej się praca w Holandii. Nie jest to jednak łatwe - Holendrzy niechętnie przyznają Indonezyjczykom wizy, mimo tego, że była to kiedyś ich kolonia. Poszliśmy na kawę do dzielnicy Kota, gdzie jest najwięcej postkolonialnych zabytków, między innymi pozostałości więzienia, gdzie można zobaczyć celę wysoką na metr, w której trzymano po 30 osób jednocześnie. Wypytuję Lidię o to dlaczego niektóre Indonezyjki noszą chusty na włosach a niektóre nie - tłumaczy mi, że w Indonezji każdy może ubierać się tak jak chce, mimo tego, że zdecydowana większość obywateli (około 200 milionów) to muzułmanie, nie ma żadnego oficjalnego dress codu. Mamy też okazję zaznać legendarnych miejskich korków - chcąc podjechać kawałek autobusem utkwiliśmy na jakieś 50 minut w drodze z jednego na drugi przystanek... Autobusy mają wściekle klimatyzowane i przez moment bałem się, że w tym równikowym kraju zejdę na zapalenie płuc. Przy tej okazji proszę Lidię, żeby pouczyła mnie trochę języka indonezyjskiego. Jest zaskakująco prosty - czasowniki nie odmieniają się przez rodzaj ani liczbę, nie zaznacza się też czasu. Wszystkiego da domyśleć się z kontekstu. Można? Można.

Astrid pracuje w tutejszej telewizji, gdzie produkuje lekki program o lajfstajlu. Zwiedzamy wspólnie centrum miasta, w tym legendarny Monument Nasjonal (w skrócie Monas), symbol niepodległości Indonezji. Zabiera mnie też na tour po lokalnym żarciu. Generalnie w Indonezji je się na ulicy - wzdłuż chodnika stoją panowie i panie, każde z nich ze swoim małym kramikiem, w którym pichcą lokalne przysmaki. Zjadamy absolutnie wyśmienite sate padang. Są to małe szaszłyki z wołowiny, z dodatkiem sosu składającego się z rozgotowanej mąki ryżowej oraz przypraw takich jak czosnek, imbir, kolendra, kmin rzymski, sól i kurkuma. Smakuje obłędnie. Astrid jest mega miła, bardzo ciekawa świata, chciałaby podróżować, ale znowu wszytko rozbija się o wizę - nie zdajemy sobie sprawy jak trudno ludziom z azjatyckich krajów dostać się np. do Europy.

Wieczorem widzę się jeszcze z Laras, która pracuje jako doradca podatkowy. Mieszka pod Jakartą i CODZIENNIE (poza weekendami) musi wstać o 4.30., żeby dojechać na czas do pracy w centrum. Pracę kończy około 19.00., idzie coś zjeść na mieście i znowu wraca do siebie, by położyć się spać około 23.00. Idziemy razem na jedzenie, tym razem lądujemy w ulicznym punkcie serwującym soto ayam czyli rosołek z makaronem zrobiony na kurzych stópkach. Pierwszy raz w życiu miałem okazję ogryzać skórę z kurzych stóp - nie do końca rozumiem co chodzi z tym wynalazkiem, ale faktem jest, że wszyscy w Azji Południowo - Wschodniej je uwielbiają.



Następnego dnia żegnam Jakartę z żalem. Będę chciał jeszcze kiedyś tu wrócić. Bladym świtem ruszam na stację kolejową Gambir. Taksówkarz oczywiście próbuje orżnąć mnie na kasę (to też typowe dla Azji), ale jestem tak niewyspany, że nawet się już nie buntuję tylko płacę o 10 000 rupii (3 złote) więcej niż powinienem. Ruszam w głąb Jawy, do miejscowości Yogyakarta - kulturalnego centrum tutejszej cywilizacji.


czwartek, 10 września 2015

Dlaczego Indonezja?

Nie będzie wielką tajemnicą kiedy powiem, że uwielbiam jeździć do Azji. Jest w tym kontynencie coś wyjątkowego, magicznego, coś co powoduje, że mam wrażenie iż życie tutaj toczy się BARDZIEJ. Po czterech wizytach w Indiach postanowiłem tym razem spróbować czegoś nowego i dlatego pewnego czerwcowego popołudnia kupiłem bilet lotniczy do Indonezji.

Indonezja zawsze była na liście krajów, które chciałem koniecznie odwiedzić. W sumie nie wiem do końca dlaczego - chyba decydującym czynnikiem była tu muzyka i niezwykłe dźwięki gamelanu. Gamelan to rodzaj indonezyjskiego zespołu muzyki tradycyjnej, na który składa się zestaw gongów, bębnów i instrumentów strunowych. Brzmi nieziemsko - nie przypomina to w zasadzie niczego innego i miłośnika niezwykłych dźwięków wciąga po uszy. Pierwszy raz miałem okazję usłyszeć gamelan na płycie, którą kupiłem sobie "w ciemno" jakoś w 2003 roku w jednym z londyńskich sklepów muzycznych. Tak, to były jeszcze te zabawne czasy, kiedy jeśli chciało się czegoś posłuchać to trzeba było za to zapłacić, lol.

Drugim powodem dla którego chciałem odwiedzić Indonezję jest to, że jest to w tym momencie de facto najludniejsze muzułmańskie państwo na świecie - realizując przy tym islam w raczej "świecki", zdroworozsądkowy sposób, podobnie jak Turcja. Chciałem zobaczyć jak to działa i jak wygląda islam przepuszczony przez kulturę i wrażliwość mieszkańców tak odległej od arabskiego matecznika cywilizacji. Tym bardziej, że wcześniej na tych terenach królował buddyzm i hinduizm a jeszcze wcześniej klasyczny animizm. Mądrzy ludzie mówią, że indonezyjski islam jest jak cebula - zdejmujesz wierzchnią warstwę a tam pod spodem już machają rączką tradycyjne wierzenia w duchy przodków, w różnorakich bogów oraz w magiczne siły natury.

Myślę, że to dobre powody, tym bardziej, że dla 90% przyjeżdżających tu białych Indonezja to kraj gdzie po prostu można tanio wylegiwać się na plaży z browarem albo surfować po wyjątkowo tu ponoć sprzyjających falach oceanu :-)

Indonezja jest daleko - jakieś 14 000 kilometrów od Polski, według Google można tę trasę zrobić pieszo w 2628 godzin. Ja na szczęście wybrałem samolot - kilkanaście godzin w powietrzu i jest się na miejscu. Po raz kolejny zadziwiony jestem jak transport lotniczy zmniejszył świat - we wtorek rano jestem jeszcze na lotnisku Tegel w Berlinie, po czym wsiadam na pokład, ucinam sobie kilkugodzinną drzemkę i oto nagle znajduję się w Abu Dhabi, stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tam przerwa regeneracyjna na prysznic, obiad i kawę i zaraz kolejny lot do Jakarty. Znowu parę godzin drzemki i ląduję w stolicy kraju, który graniczy z Australią a z Polską ma wspólną tylko biało-czerwoną flagę - tylko, że u nich czerwień jest na górze a biel na dole.

Na lotnisku w Jakarcie dreszczyk emocji - Indonezja to kraj, w którym posiadanie jakiejkolwiek ilości narkotyków, nawet miękkich, jest bezwarunkowo karane śmiercią. Dodam, że jest to śmierć przez rozstrzelanie. Co zabawne - podobno grzybki halucynogenne się nie liczą ;-) Nie żebym coś próbował szmuglować - ale słyszy się o sytuacjach kiedy do bagażu dziwni ludzie podrzucają dziwne pakunki. Na szczęście jestem "czysty" i mogę wyjść z klimatyzowanego budynku na 35-stopniowy upał indonezyjskiej stolicy.

Jestem umówiony z kierowcą z hotelu, w którym spędzę pierwsze dwie noce. Uważam, że po dobie spędzonej w samolocie i na lotniskach mogę pozwolić sobie na tę odrobinę luksusu, tym bardziej że przejazd kosztuje w przybliżeniu tyle samo co kurs taksówką z centrum Warszawy na Okęcie. Sympatyczny chłopak o imieniu Amsori (sic!) pewnie przedziera się przez potwornie zatłoczone miasto - w Jakarcie mieszka około 10 milionów ludzi a komunikacja miejska jest niestety wyjątkowo mało wydajna (nie ma nawet jednej linii metra!). Słyszałem straszne historie o tutejszych korkach -powiem jednak, że nie jest dużo gorzej niż na przykład w Bombaju. Wiadomo - setki samochodów, ciężarówek, motocykli, rowerzystów i pieszych jedzie jednocześnie wąską drogą nie przestrzegając żadnych przepisów - azjatycka normalka :-) Nie no, zasada ruchu drogowego jest jedna - większy samochód ma zawsze pierwszeństwo.

W Jakarcie mieszkam w chińskiej dzielnicy Glodok. Jest to podobno jedno z największych Chinatowns na świecie - wszędzie małe sklepiki z klasycznym mydłem i powidłem, pirackimi płytami DVD, ciuchami i czymkolwiek co przyjdzie wam do głowy. Mnie głównie interesują oczywiście knajpki - nie przepuszczę okazji, żeby zjeść coś autentycznie chińskiego. W końcu decyduję się na kompromis - nasi campur w lokalu o uroczej nazwie Santong Kuo Tieh 68. Nasi campur to indonezyjski klasyk, smażony ryż z mieszanką grilowanych mięs i warzyw. Biorę go jednak w wersji Nasi Campur Tionghoa, czyli "po chińsku". Chińskość polega na tym, że mięso jest wieprzowe- to nietypowe dla Indonezji, gdzie muzułmańska większość wieprzowiny nie jada. Żarcie smakuje wyśmienicie - różne rodzaje mięs, mnogość sosów, wszystko jeszcze obficie doprawione świeżym czosnkiem. Cena 10 PLN. Mam taką osobistą teorię, że dopiero po pierwszym obiedzie w lokalnej jadłodajni można powiedzieć, że naprawdę dotarło się do obcego kraju. Teraz wreszcie czas na porządny sen - od jutra zwiedzanie Jakarty na całego.

A tak wygląda Nasi Campur Tionghoa (fotka z Wikipedii).


poniedziałek, 5 maja 2014

Gruzja

To był bodajże 2002 rok. Wraz z moim serdecznym przyjacielem Andrzejem "Kwiatkiem" Kwiatkowskim rozpoczynaliśmy kolejną edycję Projektu X, cyklu improwizowanych spotkań muzycznych, które odbywały się podówczas regularnie w legendarnym klubie Jazzgot. Pamiętam, że na scenie byłem ja, Kwiatek i jeszcze niejaki Tomecki, aktualnie realizator dźwięku w kolejnym przechodzącym już do legendy klubie Powiększenie. Coś tam sobie graliśmy, szło raz lepiej raz gorzej, kiedy w klubie pojawili się oni. Czterech wielkich chłopaków i jedna dziewczyna. Gadali do siebie dosyć głośno w kompletnie nieznanym mi języku, zamówili ogromne ilości piwa, po czym jeden z nich podszedł do mnie i śpiewną polszczyzną zapytał: "Możemy z wami zagrać?".

Ten człowiek nazywał się Zaza Korinteli i był Gruzinem. Tego wieczora zagraliśmy szalone jam session, w trakcie którego jazzowe dźwięki zmieszane były w mniej więcej równych proporcjach z gruzińską muzyką ludową - kompletnie dla mnie wówczas nieznaną. Kto zresztą wtedy słyszał o Gruzji? Nie było jeszcze książki Marcina Mellera "Gaumardżos" a Wizzair nie latał do Kutaisi za 200 złotych w obie strony. Zresztą nie było chyba wtedy nawet bezpośrednich lotów między Polską a Gruzją - trzeba było jechać pociągiem do Kijowa i dopiero stamtąd było połączenie. Tak czy siak - z Zazą i jego polską żoną Magdą spędziliśmy wtedy kilkanaście uroczych dni w Warszawie, biesiadując przy winie i racząc się nieznanymi mi wcześniej potrawami, takimi jak kurczak z orzechami włoskimi i owocami granatu. Zaza nauczył mnie gruzińskiego alfabetu, pokazał czym jest wódka z winogron (tak zwana "czacza") oraz silnie zainspirował do odwiedzenia swojej ojczyzny. Zapisałem się wtedy nawet na kurs gruzińskiego na UW - jednym słowem, zostałem fanem tego kaukaskiego kraju zanim stało się to modne :-)

granica Armenii i Gruzji

Nie wiem jak to się stało, ale dotarłem do Gruzji po raz pierwszy dopiero w 2011 roku. To były szalone trzy tygodnie, pełne niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, górskich wędrówek, morskich kąpieli i niebagatelnych ilości wypitego alkoholu. Teraz, kiedy przekraczałem gruzińską granicę po raz kolejny, czułem wzruszenie - Armenia była piękna, spotkałem tam wielu fantastycznych ludzi, ale Gruzja miała jednak specjalne miejsce w moim sercu. Do Tbilisi przyjechałem w towarzystwie sympatycznego, acz mrukliwego Portugalczyka o imieniu Luis. Spotkaliśmy się w hostelu w Erewaniu i spędziliśmy razem właściwie cały czas, który poświęciłem Armenii. Była to dla mnie dobra okazja, żeby od czasu do czasu podszlifować portugalski, ale też dowiedzieć się czegoś więcej na temat mojego drugiego ulubionego kraju na świecie. Dla Luisa byłem natomiast nieocenionym przewodnikiem, albowiem z języka rosyjskiego znał on tylko słowa "da" i "haraszo", co nie ułatwiało mu życia w mocno rosyjskojęzycznej Armenii. W trakcie podróży do Gruzji była z nami też Rosjanka Tatiana, która samotnie podróżowała po okolicy - ona z kolei w niezrównany sposób negocjowała ceny taksówek, w bezlitosny sposób wykłócając się o każdego drama (w Armenii) i o każde lari (w Gruzji). Kierowcy próbowali nas oczywiście troszkę oszukać, zwłaszcza po gruzińskiej stronie granicy. Bystry posiadacz czerwonej łady chciał najpierw wysadzić nas w połowie drogi, sugerując przesiadkę do marszrutki, a później usiłował  zatrzymać się minutę po przekroczeniu granicy miasta. Ona popatrzyła tylko na niego swoimi lodowatymi, niebieskimi oczami spod pukla blond włosów i powiedziała: "Nie, nie, nie. Skoro wziąłeś od nas 24 lari, żeby zabrać nas z granicy do którejś stacji metra w Tbilisi, to tak właśnie zrobisz. Proszę się nie wygłupiać i natychmiast jechać". Chłopak zrobił minę zbitego psa i dowiózł nas do metra. Sam bym się przestraszył.

Tatiana i ormiański kierowca taksówki

Kiedy dotarliśmy w końcu do Tbilisi, Luis zabrał mnie do absolutnie wyjątkowego hostelu, o nazwie Hotel Georgia, mieszczącego się w dosyć obskurnej części miasta, nieopodal dworca kolejowego. Miejsce mocno skojarzyło mi się z warszawską Pragą - stare sklepy, tynk odłażący ze ścian budynków, mieszkańcy w różnych stadiach kaca. No i w samym środku tego wszystkiego - hotelik prowadzony przez młodego, długowłosego Japończyka (!), który serwował co wieczór za darmo (!) zupę i pasjami słuchał post-rocka z małego odtwarzacza, który postawił sobie na recepcji. Hotel w stylu do-it-yourself. Pralka, w której samemu można sobie nastawić pranie, czajnik do przyrządzania wody na kawę i herbatę, lodówka na produkty żywnościowe - generalnie można było poczuć się jak u siebie w domu. Warunki może niezbyt komfortowe (jeden prysznic dla wszystkich gości), ale atmosfera niezrównana. Gdyby nie to, że byłem zaproszony też do dwóch innych miejsc w Tbilisi, zostałbym tam dłużej.

koledzy z Erewania - Bohdan z Ukrainy i Luis z Portugalii

Wizyta w mieście bez wizyty w hostelu Opera nie miałaby większego sensu. Opera prowadzona jest przez pochodzącego z Rzeszowa Polaka o imieniu Kuba, oraz jego żonę, Mananę, która jest pół-Polką, pół- Gruzinką. Interes ewidentnie im się kręci, połowa Polaków nocujących w Tbilisi zatrzymuje się właśnie u nich. To właśnie dzięki Kubie mój poprzedni wyjazd do Gruzji był tak udany - dzięki splotowi różnych dziwnych przypadków przemierzyliśmy jego jeepem pół kraju i odwiedziliśmy miejsca, do których nawet nie przyszłoby mi do głowy zajechać. Akurat kiedy wpadłem do ich hotelu miały tam miejsce warsztaty dotyczące praw człowieka, na które zjechało się kilkadziesiąt osób z całej Europy - głównie z Turcji, Grecji i Ukrainy, ale było też kilku Szwedów i parę dziewczyn z Łotwy. Oczywiście wszystko skończyło się wielką imprezą do białego rana, przy winie, czaczy i szaszłykach - czyli, można powiedzieć - gruziński standard.

ja, Ania i Artur

Miałem też niewątpliwą przyjemność zamieszkać przez kilka dni u kolegi ze studiów, Artura Barysa, oraz jego żony Ani. Artur mieszka sobie w Tbilisi i zajmuje się tłumaczeniami - wszystkie teksty w języku angielskim, które czytacie w programie OFF Festiwalu są właśnie jego autorstwa. Ania uczy w prywatnej szkole a poza tym świetnie gotuje - jej ciasto jabłkowo - kokosowe będę pamiętał do końca życia. Dobrze jest mieszkać u filologa zakręconego na punkcie egzotycznych języków - mogliśmy rozmawiać godzinami o fonologii języka gruzińskiego, specyfice konstrukcji ergatywnej w hindi oraz przypadkach w języku węgierskim i nikt się nie nudził :-)

Ten wyjazd to przede wszystkim spotkania. Wyjeżdżając bałem się samotności, i faktycznie były momenty, w których czułem się trochę samotny. Zwłaszcza w Goa, kiedy miałem wrażenie, że dotarłem do jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi, i nie miałem z kim tego uczucia dzielić. Zazwyczaj jednak byłem otoczony przez fantastycznych ludzi. W Delhi, w Kerali, w trakcie treningu Vipassany, przez cały pobyt w Iranie, Armenii i Gruzji. Wystarczyło zagadać, uśmiechnąć się i zaraz znajdowali się towarzysze na kilka minut, kilka godzin, czasem kilka dni. Niedługo wracam do Polski i prześladuje mnie taka myśl, że nigdy nie poznałem w tak krótkim czasie tylu świetnych ludzi, których prawdopodobnie już nigdy więcej nie spotkam.

na sam koniec podróży - piję Wasze zdrowie, z gruzińskim 'gagimardżos'




czwartek, 1 maja 2014

Armenia

Od dziecka fascynowały mnie mapy. W czasach wczesnej podstawówki większość wolnego czasu spędzałem grając w piłkę na podwórku albo wpatrując się w atlas świata. Na pierwszą komunię dostałem też wielki globus, który stanowił nieustającą pożywkę dla mojej wyobraźni. Piłkarzem nie zostałem, ale jeżdżąc po świecie spełniam swoje dziecięce marzenia - mogę postawić stopę w miejscach, które kiedyś stanowiły tylko egotyczne nazwy na mapie. Jedną z rzeczy, która zawsze mnie intrygowała, było to, gdzie kończy się Europa a gdzie zaczyna Azja. Bo z Afryką, Australią czy Amerykami sprawa właściwie jest jasna - granice widać gołym okiem. Europa to bardziej ulotne pojęcie - samo funkcjonowanie Europy jako kontynentu to właściwie tylko i wyłącznie efekt naszego europocentryzmu - geograficznie mamy do czynienia z wielkim kontynentem Eurazji. Przyznam się szczerze - jednym z głównych powodów wyboru takiego a nie innego szlaku podróży, była możliwość przekroczenia granicy Iranu i Armenii lądem. To miejsce wydaje mi się wyjątkowo kluczowe - w przeciągu kilku minut przekraczamy granice dwóch wielkich cywilizacji - typowo azjatyckiego świata islamu i cywilizacji europejskiej, chrześcijańskiej.

Różnice widać natychmiast. Nie są one jednak specjalnie korzystne dla naszego kontynentu. W Iranie jedziemy trzypasmową, równą autostradą, mijając zadbane, porządne wioski i miasteczka. Po przekroczeniu granicy zaczyna się dramat. Szosa, która stanowi główną drogę z południa na północ Armenii przypomina podrzędne ulice łączące wsie w województwie kieleckim. Dziura za dziurą, asfalt w stanie rozpaczliwego rozkładu, a przy drodze nieliczne, liche chatynki na tle ciemnego bezkresu. Irański kierowca co chwilę wybuchał śmiechem, kiedy na samym środku drogi pojawiała się dziura, w której mniejszy samochód straciłby pewnie koła. Był to śmiech niedowierzania - jak można doprowadzić do czegoś takiego i nic z tym nie zrobić? Raz już doświadczyłem czegoś podobnego - wjeżdżając z Turcji do Bułgarii - było to więc doświadczenie w stylu deja vu.

w Armenii ciepło wspomina się czasy ZSRR

Inne są też oczywiście dziewczyny. Przez pierwszy dzień w Armenii miałem wrażenie, że chodzą one nago - zniknęły wszystkie czadory, płaszczyki i dżinsy a zamiast nich pojawiły się koszulki na ramiączkach i spódniczki mini. Ormianki noszą też bardzo długie, piękne włosy, które z dumą prezentują światu - rzecz nie do pomyślenia w Iranie. Dużo jest też nocnych klubów i oczywiście barów z alkoholem - kolejna ogromna różnica w porównaniu z Iranem i Indiami. Tak jakby wraz z wejściem do świata kultury chrześcijańskiej normy moralne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie - oto jesteśmy w rzeczywistości, w której faceci muszą być twardzielami-maczo z nieodłącznym szlugiem i kieliszkiem wódki w dłoni a dziewczyny są niczym więcej niż tylko obiektem seksualnym. Oczywiście w chwilach, w których nie gotują i nie zajmują się domem. Przed wjazdem do Iranu rozmawiałem z pewną Francuzką, która powiedziała mi, że nigdy nie pojechałaby do tego kraju, bo tam mężczyźni bardzo źle traktują kobiety. Muszę przyznać, że nigdzie na świecie nie widziałem tylu radosnych, uśmiechniętych i spokojnie pewnych siebie kobiet jak w Iranie. To prawda - muszą nosić chusty i czasami ich prawa publiczne są ograniczone, ale zdecydowanie nie sprawiają wrażenia nieszczęśliwych. Wcześnie wychodzą za mąż (większość około 21-22 roku życia), wchodzą w klasyczną rolę matek zajmujących się domem a zadaniem facetów jest zapewnianie im dobrego życia. Kobiety są powszechnie szanowane i widać, że czują się niezwykle bezpiecznie. Nie chcę oceniać i gloryfikować tutaj tego typu relacjo damsko - męskich - dawno jednak nie odczułem tak mocno różnicy w energii kobiet. W Iranie jest ona ciepła, spokojna, pozytywna, w Armenii kobiety sprawiają wrażenie sfrustrowanych kłębków nerwów. Przepiękne dziewczyny, mające jednak w oczach rodzaj przejmującej rozpaczy.

Armenia to kraj pięknych, bardzo starych kościołów

Trzeba jednak przyznać, że Armenia posiada jeden, niezaprzeczalny skarb - przyrodę. Wjechaliśmy o świcie i musiałem mocno walczyć z sennością, ale krajobrazy, które widać było z okien autobusu zapierały dech w piersiach. Wszędzie po horyzont zielone góry i pagórki, droga wijąca się serpentynami, rwące potoki, szybujące ptaki - jeśli kiedykolwiek wyobrażałem sobie jak może wyglądać raj, to właśnie tego typu obraz pojawiał się w mojej głowie. Tak wygląda jakieś 80% kraju - oprócz tego jest kilka miast, na których odcisnęło się mocno piętno sowieckiej Rosji - rajska dolina, a w niej regularne blokowisko, które wygląda tak absurdalnie w tych okolicznościach przyrody, że jest to nawet na swój sposób fascynujące. Stolica Armenii, Erewań, jest nawet ładnym miastem, aczkolwiek również w dosyć perwersyjny sposób. Wielkie place, ogromne ulice, gmaszyska mające na celu robić wrażenie samym swoim rozmiarem - coś na kształt naszego Pałacu Kultury.

przyroda w Armenii

Kiedy autobus dojeżdża do granicy irańsko-armeńskiej, wszyscy pasażerowie muszą wysiąść i po otrzymaniu wyjazdowego stempelka od straży granicznej, idzie się do Armenii pieszo. Należy przejść ogromny most, rozciągnięty nad rzeką, która dzieli dwa państwa, dwa światy, dwie cywilizacje. Kiedyś była to dodatkowo granica, za którą rozciągał się bezkresny Związek Radziecki. Jest czwarta rano, noc powoli zmienia się w dzień, przede mną rozciąga się górski krajobraz, od którego zaczyna się inna rzeczywistość. Po otrzymaniu kolejnego, tym razem armeńskiego stempelka stałem na ciemnym parkingu i podbiegły do mnie trzy bezpańskie psy. Łasiły się przez chwilę a ja zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy widzę psy, które nie boją się człowieka. W cywilizacji islamu pies jest zwierzęciem nieczystym, niechcianym, kompletnie nieobecnym. Pomyślałem sobie wtedy, że Europa to miejsce, w którym zaczynają się psy.