piątek, 28 lutego 2014

życie nad Gangesem

Mieszkam w samym centrum, a wręcz epicentrum starego Waranasi. Moim gospodarzem jest Monu, tablista, który podnajmuje pokoje w domu swoich rodziców i robi przy tym niezły biznesik. Minutę ode mnie znajduje się Kashi Vishwanath Temple, Złota Świątynia, najświętsza świątynia Śiwy na świecie. Pięć minut dalej Dasaśwamedh Ghat, największy z ghatów nad Gangesem. Gdziekolwiek nie spojrzeć małe sklepiki, knajpki, świątynie. Uliczki są tak wąskie, że można poruszać się po nich tylko pieszo, co jest swego rodzaju błogosławieństwem, bo oszczędza hałasu klaksonów. Uwielbiam błąkać się po uliczkach starych miast, łatwo tu się zagubić, ale tak naprawdę zgubić się nie da, bo wystarczy ruszyć w stronę Gangesu i wzdłuż jego brzegu można dotrzeć do dowolnego, wybranego punktu na starym mieście. Może to dziwne skojarzenie, ale stare Waranasi kojarzy mi się trochę z Alfamą w Lizbonie. Wiem, wiem, zupełnie inny temat, ale chodzi mi o tę plątaninę uliczek, knajpki i sklepiki, no i bliskość wielkiej rzeki w pobliżu.

Jako jedno z najstarszych miast na świecie, Waranasi kryje w sobie tysiące historii. Słyszeliście kiedyś o rytuale aśwamedha? Dosłownie oznacza to - poświęcenie koni i jest jednym z najstarszych rytuałów wedyjskich. Ceremonia może być przeprowadzona tylko przez króla, a jeśli wykonana jest właściwie, daje mu ona prawo uzyskania tytułu władcy całego świata. Wygląda to tak - na początku wybiera się odpowiedniego konia, musi to być ogier w odpowiednim wieku i o odpowiedniej prezencji. Skrapia się go wodą a kapłan szepcze mu do ucha święte mantry. Następnie wypuszcza się go w kierunku północno - wschodnim i przez okres pełnego roku może on biegać jak chce i dokąd chce, pod opieką setki szlachetnie urodzonych mężów, którzy dbają o jego bezpieczeństwo. Jeśli wbiegnie na teren innego królestwa, musi ono zostać podbite. Przez cały okres nieobecności konia, w pałacu królewskim odprawiane są nieprzerwanie odpowiednie rytuały. Po upływie roku koń jest chwytany i doprowadzany przed oblicze króla. Następnie jest myty, namaszczony ghee oraz odpowiednio przystrojony.W końcu król zabija zwierzę. Wtedy do gry wchodzi królowa, która ma za zadanie symbolicznie kopulować z martwym koniem, a następnie spędza z jego ciałem samotnie całą noc. O poranku jest wolna, koń zostaje upieczony a jego mięso zjedzone przez uczestników ceremonii. Król dostaje tytuł władcy całego świata. Nie sądzicie, że to świetna opowieść? A najlepsze, że prawdziwa, w historii Indii udokumentowana przynajmniej kilkukrotnie. Podobno ostatni raz zrobił to w 1716 roku władca Jaipuru, Jai Singh II.

Opowiadam tę historię dlatego, że największy ghat w Waranasi nazywa się Dasaśwamedh, czyli ofiara dziesięciu koni. Wedle legendy, upamiętnia to ofiarę koni dokonaną w Waranasi przez samego boga Brahmę. Ghatów (czyli kamiennych schodów wiodących do Gangesu) jest kilkadziesiąt, każdy z podobnie ciekawą opowieścią. Dla każdego przyjezdnego szokiem są ghaty kremacyjne, gdzie rodziny palą zwłoki swoich bliskich na specjalnych stosach. Według hinduizmu, jeśli ciało spalone jest w Waranasi, a popiół wrzucony do Gangesu, człowiek nie odradza się więcej i wychodzi z kręgu reinkarnacji. To jest coś o czym marzy większość Hindusów - umrzeć i nigdy więcej się nie odrodzić. Zupełnie inne podejście do naszego, europejskiego, prawda? Zresztą zdarzają się też biali, którzy chcą, by po śmierci ich prochy zostały wrzucone do Gangesu - jednym, którego możecie kojarzyć był George Harrison z The Beatles.

W Waranasi pada. Nie pomaga to kremacyjnym stosom, ogień co chwilę przygasa, pozwalając gapiom przyglądać się nadpalonym ciałom. Sto metrów obok dzieci grają w piłkę. Pod prowizorycznym daszkiem siedzi pokryty popiołem sadhu, udzielając nauk licznie zebranej gawiedzi. Starsza kobieta pierze w rzece tuż obok miejsca, w które wrzuca się spalone zwłoki. Tak wygląda codzienne życie w Waranasi. Średniowiecze się skończyło? Tutaj niekoniecznie.

Chociaż to też nie do końca prawda. Weźmy na przykład sadhu. Sadhu to specyficzny produkt hinduskiego społeczeństwa, w którym człowiek ma obowiązek uczyć się, zdobywać pieniądze, założyć rodzinę a kiedy spełni już te obowiązki wobec społeczeństwa, może odrzucić świeckie życie i zostać wędrownym pielgrzymem, poszukującym mądrości i wyzwolenia. Wielu sadhu miało wcześniej dobrą pracę, wygodne mieszkania, kochające żony. Porzucają jednak to wszystko, symbolicznie umierają dla świata (część nawet urządza sobie pogrzeb) i wyruszają w drogę. Od tej pory przemieszczają się z jednego świętego miejsca do drugiego, umartwiając się i żyjąc z datków ludzi. W każdym indyjskim mieście można spotkać sadhu, ale Waranasi, jako najświętsze miejsce w Indiach, ma ich chyba najwięcej. Oczywiście sadhu idą z duchem czasu, dziś na przykład widziałem sadhu z... i-padem. Długa broda, splątane włosy, pomarańczowa szata i i-pad, na którym pisał coś zawzięcie, popijając czaj. W ten sposób Indie dostosowują się do reszty świata - biorą techniczne nowinki ale nie zmieniają swojej kultury. Przetrwali muzułmanów, przetrwali Anglików, teraz stawiają czoła amerykańskiej globalizacji. Ja tam trzymam za nich kciuki.

sadhu z Waranasi

czwartek, 27 lutego 2014

Veni, Vidi, Varanasi

W Khadźuraho turysta jest podstawowym towarem. Mam wrażenie, że połowa miejscowych chłopaków nie robi nic poza naciąganiem turystów, podrywaniem białych pań i żuciem betelu. W żadnym indyjskim mieście nie padają też tak astronomiczne kwoty za przejazd rikszą. Kiedy odmówisz podwózki (no bo w sumie po co, skoro całą wioskę można przejść w 30 minut wzdłuż i wszerz pieszo), rikszarz próbuje się z tobą umówić na inny termin. "Maybe later?" "Maybe tomorrow?". Czasami goście mają farta. Bogowie dali im taki bonus od życia, że stacja kolejowa oddalona jest 7 kilometrów od centrum, więc wszyscy są trochę skazani na przejazd rikszą, zwłaszcza w nocy. Wybieram jednego chłopaka, który sprawia wrażenie mniej cwaniakowatego od pozostałych i umawiamy się na następny dzień - ma czekać na mnie przy wyjściu z festiwalu tańca, podrzucić do hotelu po plecak a potem zawieźć na stację. Ciekawy jestem w sumie, czy będzie, ale stawia się niezawodnie. Taki kurs to jest jednak deal dnia, bo można jednorazowo zarobić na czynsz za rykszę. Większość chłopaków nie ma swoich własnych pojazdów, muszą wypożyczać je za 100 rupii dziennie od pewnego tajemniczego jegomościa, którego nazywają "the boss". Jadę więc z przeszczęśliwym Heerą, który wykorzystuje piętnastominutowy kurs, żeby mnie lepiej poznać. Od razu zaznacza "mi inglisz little", więc gadamy sobie trochę w hindi, trochę po angielsku. Skończył tylko szkołę podstawową, ma 30 lat, żonę i dwójkę dzieci. Bardzo chciałby pokazać mi swoją rodzinną wioskę, umawiamy się, że następnym razem wynajmę go na cały dzień i obwiezie mnie po okolicy. W sumie czemu nie? Nie wiem tylko czy będzie ten następny raz.

Na stacji zderzenie z innym światem. Cały peron pełen backpackerów czekających na pociąg do Waranasi, który jeździ stąd tylko trzy razy w tygodniu. Niesamowity jest kontrast między Hindusami, którzy natychmiast zaczynają rozmowę, po pięciu minutach poruszając tematy dosyć osobiste, a ludźmi z Zachodu, tak bardzo dbającymi o prywatną przestrzeń. Backpackerzy poruszają się parami, ewentualnie czwórkami, każdy z nich w prywatnej bańce, do której nikt nie ma wstępu. Jestem jedynym "singlem" na peronie, więc próbuję wejść w jakąś interakcję, ale słabo to idzie. Wzrok wpatrzony w ziemię albo w ekran smartfona, na zadawane pytania udzielane są zdawkowe odpowiedzi, generalnie nikt nie ma zamiaru uchylić swojego muru. W końcu pociąg przyjeżdża i każdy szuka swojego miejsca w sleeperze. Maszynista pociągu ma obsesję używania klaksonu - w Indiach klakson to podstawa w ruchu drogowym, używa go każdy i wszędzie. Ale w pociągu? Domyślam się, że chodzi o ostrzeganie ludzi, którzy koczują na torach, ale maszynista chyba przesadza odrobinę. W dodatku w moim wagonie pełno Hiszpanów. Nie wiem jaki macie stosunek do języka hiszpańskiego, ale dla mnie grupa kilkunastu osób nawijających w tym języku bardzo szybko brzmi jak rój szerszeni zamkniętych w ogromnym słoiku. Próbuję więc zasnąć, z jednej strony tulony do snu poprzez klakson maszynisty, z drugiej przez oszalałe szerszenie. Hej, przygodo!

Nad ranem docieram do Waranasi. W trakcie mojej pierwszej podróży do Indii zakochałem się w tym mieście i obiecałem sobie, że muszę kiedyś wrócić. To najbardziej święte miejsce w Indiach i jedno z najdawniej zamieszkanych miast na świecie - ludzie żyją tu nieprzerwanie od 3000 lat. Według hinduistów miasto założył sam Śiwa, jest on też powszechnie czczony w Waranasi - to jego święte miejsce. Tuż obok, w Sarnath, Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Przez środek Waranasi płynie Ganges, najświętsza rzeka hinduizmu, w której wodach każdego ranka tysiące ludzi bierze rytualną kąpiel. Można by tak dalej - Waranasi to po prostu punkt obowiązkowy każdej podróży do Indii, kwintesencja indyjskiej duchowości, a przy tym najzwyczajniej w świecie bardzo malownicze i interesujące miasto.

Śiwa - ten chłopak rządzi w mieście


Przyjeżdżam tu na kolejny festiwal. W Waranasi co roku odbywa się Dhrupad Mela, czyli dosłownie święto muzyki dhrupad. Dhrupad to najstarsza forma indyjskiej muzyki klasycznej, skoncentrowana głównie na śpiewie. Według najstarszych wykładni muzycznych w Indiach, to głos jest królem instrumentów, wszystkie inne mogą go tylko mniej lub bardziej udanie naśladować. Oczywiście współcześnie popularna jest też muzyka instrumentalna, ale dawniej wokaliści byli najbardziej szanowani i to im poświęcano najwięcej uwagi. Festiwal odbywa się na ghacie Tulsi, nazwanym tak od imienia Tulsidasa, jednego z największych indyjskich poetów. Koncerty klasycznej indyjskiej muzyki są dosyć specyficzne - przede wszystkim są bardzo długie, i raczej monotonne, zwłaszcza dla osoby niespecjalnie osłuchanej w tego typu muzyce. Zazwyczaj wokalista występuje przy akompaniamencie dwóch tanpur, które generują z siebie jednostajne drony, oraz perkusisty, wybijającego rytmy na bębnie o nazwie pakhawadź. W trakcie pierwszej części występu wokalista przedstawia śpiewem dźwięki skali, którą będzie się posługiwał, co może zająć nawet piętnaście minut. Później dołącza się bęben a śpiewak prezentuje cały arsenał środków, które posiada, improwizując na bazie skal. Przypomina to trochę koncert jazzowy, tyle tylko, że wszystko oparte jest na jednym akordzie, nie ma żadnych zmian harmonicznych. Trzeba przyznać, że umiejętności techniczne poszczególnych wykonawców robią duże wrażenie, może za wyjątkiem tanpurzystów, którzy przez cały koncert ze znudzonym wzrokiem trącają wciąż te same struny. Ciekawe te instrumenty - znacie może jakichś wirtuozów tanpury? ;-)

Chciałbym przy tej okazji przeprosić wszystkich, którzy oczekiwali, że w mojej relacji podróżniczej po Indiach będę opisywał przygody w stylu Indiany Jonesa, wędrówki przez dżunglę i polowania na tygrysy. Tutaj tymczasem zamiast dżungli festiwale muzyczne, zamiast tygrysów podróże rikszą. No cóż, taki właśnie jestem. Zresztą podobno prawdziwych tygrysów w Indiach już nie ma ;-)


wtorek, 25 lutego 2014

Khajuraho Dance Festival



Bywa tak czasami, że człowiek w miarę inteligentny, oczytany i wykształcony ma poczucie posiadania ogólnego pojęcia na temat historii, literatury czy też kultury na świecie. Życie wciąż przynosi jednak niespodzianki. Przyznam szczerze, że gdy jakiś czas temu dowiedziałem się o istnieniu klasycznego tańca indyjskiego, miałem na ten temat dosyć blade pojęcie. Na szczęście miałem w tej materii doskonałego przewodnika, w postaci pewnej pięknej tancerki z Polski. Ważna rzecz - tego typu tańce nie mają nic wspólnego z tzw. tańcem brzucha! Indyjski taniec klasyczny wywodzi się ze średniowiecznych świątyń i miał cele raczej religijne. Tutaj liczą się precyzja ruchu, mudry (gesty dłoni), za pomocą których opowiadane są historie, mimika twarzy. To bardzo szeroki temat, i nawet nie będę próbował udawać, że się na tym znam, ale jest to temat fascynujący. Jest wiele szkół klasycznego tańca, o pięknych nazwach takich jak Bharatanatyam, Odissi czy Kathak. Każda wywodzi się z innego regionu Indii, każda ma swój zestaw technik i strojów. Ciekawostką może być to, że zdaniem niektórych badaczy taniec flamenco wywodzi się bezpośrednio z Kathaku, był on przecież przyniesiony na półwysep Iberyjski przez Romów, a sami Romowie to przecież nic innego jak przybysze z Indii, którzy zaplątali się do Europy. Oba te tańce charakteryzują się podobnymi ruchami rąk, nóg oraz podobną rytmiką.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że głównym powodem mojego przyjazdu do Khadźuraho był festiwal klasycznego tańca indyjskiego, który właśnie tu się odbywa. Trwa tydzień, codziennie, każdego wieczora odbywają się taneczne prezentacje. Jest to impreza zdecydowanie godna polecenia. Wyobraźcie sobie - ciepły, letni wieczór (no tutaj tak teraz jest, sorry), scena pod gołym niebem na tle pięknie oświetlonej Świątyni Słońca, wygodne krzesełka, muzyka na żywo grana przez tradycyjne indyjskie instrumenty (sitar, tabla, flet bansuri itp.) i do tego pięknie ubrane tancerki, czarujące publiczność swoją sztuką. I do tego jeszcze wstęp wolny! W dodatku organizatorzy byli na tyle mili, że tzw. Foreign Guests, czyli białasy, mają wstęp do sektora dla VIPów, pod samą sceną. Miałem okazję zobaczyć już trzy występy, dzisiaj będzie czwarty, ostatni. Wszystkie są piękne na swój sposób, nie jestem specjalistą, żeby wypowiadać się na temat jakości, mogę tylko powiedzieć, że największe wrażenie zrobiły na mnie występy grup Odissi i Bharatanatyam. Te tańce mają w sobie coś niezwykle delikatnego, kunsztownego, patrzy się na nie z zapartym tchem, chłonąc każdy detal. Mniej podobały mi się próby łączenia klasycznych form z wpływami innych kultur, była na przykład grupa mieszająca Kathak z ludowymi tańcami z Uzbekistanu. No cóż, z wiekiem robię się coraz większym konserwatystą, he he. Gdybyście chcieli popróbować indyjskich tańców u siebie w domu (np. w Warszawie), to polecam szkołę Nataraja. Więcej info o nich tutaj: www.taniecindyjski.pl

tancerka Bharatanatyam


Cały ten festiwal pokazuje paradoks współczesnych Indii. Widać, że Hindusi potrafią zorganizować imprezę z prawdziwego zdarzenia, z czytelnym programem, jasnymi informacjami, na wysokim poziomie artystycznym. Obsługa jest miła i przyjazna, teren czysty, ochroniarze grzeczni. Wystarczy jednak wyjść z festiwalu i znowu jesteśmy w "starych, dobrych Indiach". Wszędzie pełno śmieci, połowa latarni nie działa, co powoduje mało przyjemny półmrok (jesteśmy na terenach leśnych), stan asfaltu woła o pomstę do nieba. Oczywiście cały sektor VIPów wraca do domów/hoteli własnymi limuzynami albo taksówką, więc niewiele ich to obchodzi... Czekam na moment, w którym ten kraj zrozumie, że warto dbać także o przestrzeń publiczną.

Dziś żegnam się z Khajuraho. Czas na miasto-legendę, jak dotąd chyba moje ulubione miasto w Indiach (obok Delhi, hehe). Waranasi - here I come!

poniedziałek, 24 lutego 2014

Trochę o bogach

Ganeś - ten chłopak jest wszędzie


W szeroko rozumianym hinduizmie mamy setki, może nawet tysiące bogów. Niektórzy sa czczeni tylko w specyficznych regionach, niektórzy są lokalni do tego stopnia, że zna ich tylko jedna wioska. Mówi się też, że wszyscy/wszystkie są tylko emanacjami jednego, uniwersalnego Boga. Trudno dojść z tym do ładu, ale jedno co można stwierdzić na pewno to to, że dwójka najpopularniejszych bóstw w Indiach to Wisznu i Śiwa. Celowo zapisuję imię Śiwa tak jak się je wymawia, nie ma sensu pisać Sziwa (albo co gorsza - Shiva), tak wymawiają to imię Anglicy, którzy nie mają dźwięku "ś", muszą więc posługiwać się czymś najbardziej podobnym. Jest jeszcze Brahma, trzeci "główny" bóg, ale jego kult (z nieznanych w sumie przyczyn) jest bardzo ograniczony. Brahma, Wisznu i Śiwa tworzą w sumie tzw."trimurti",czyli trójcę bogów, którzy są tak naprawdę jedym, głównym bóstwem o wielu aspektach. Proste, prawda? ;-) Oczywiście wszyscy też lubią bogów "komiksowych" (to moja terminologia, wybaczcie) czyli pół-człowieka/pół-słonia Ganesię oraz pół-człowieka/pół-małpę Hanumana. Chyba każdy indolog zgodzi się jednak ze mną, że z Wisznu i Śiwą sprawa jest znacznie bardziej poważna.

Śiwa, w estetyce "tworzyć każdy morze"


Wisznu jest bogiem-protektorem, który pomaga ludziom i wspiera ich poprzez wcielanie się w różnego typu awatary. Na początku zstąpił na ziemię jako Matsja-ryba, potem jako Kurma - żółw, Waraha - dzik, Narasimha - lew. Dopiero potem pojawił się w postaci ludzkiej, jako Wamana - karzeł. Potem był Paraśurama, Rama, Kriśna i na końcu Budda (tak, tak, hinduiści zaanektowali dla siebie Buddę jako wcielenie Wisznu). Szeroko rozpowszechniony kult Ramy i Kriśny (czy też Kryszny, jeśli wolicie), to po prostu kult Wisznu, a konkretnie jego poszczególnych wcieleń. Śiwa to trochę inna historia. Symbolizuje unicestwiający i odnawiający aspekt boskości. Bywa przedstawiany jako Nataradźa, kosmiczny tancerz, którego taniec symbolizuje nieustanne niszczenie i tworzenie wszechświata. Najczęściej jednak w świątyniach występuje jako tzw. lingam, czyli cylindryczna, zaokrąglona u góry kolumna. Najprościej mówiąc - jako penis, co pokazuje, jak bardzo stary jest jego kult.




Piszę o tym wszystkim, bo jestem świeżo po zwiedzaniu fantastycznego kompleksu świątyń w Khadźuraho. Ponad 20 obiektów pochodzi z okresu między IX a XII wiekiem i wprost niesamowite jest jak dobrze są one zachowane. Przez kilkaset lat stały w środku dżungli, a o ich istnieniu wiedzieli tylko okoliczni wieśniacy. Każda ze świątyń poświęcona jest innemu bóstwu, głównie Wisznu w jego różnorakich aspektach. Jest więc np. świątynia poświęcona jego inkarnacji jako Warahy, czyli dzika. Pod sporą kopułą stoi ogromny posąg dzika zrobiony w całości z piaskowca i pokryty fantazyjnymi płaskorzeźbami. Przyznaję, że robi wielkie wrażenie, zarówno pod względem czysto artystycznym, jak i antropologicznym. Część świątyń pokryta jest też rzeźbami o tematyce erotycznej, z tego zresztą są najbardziej znane. Nie ma tam niczego, czego nie widzielibyście w realu (mniemam, że piszę do osób dorosłych ;-)), niesamowite jest tylko to, że są one umieszczone na świątyniach. Pokazuje to, że w czasach kiedy powstawały, seksualność była traktowana jako jeden z normalnych aspektów życia, ba, nawet jako jedna z dróg do osiągnięcia świętości. Bardzo ciekawa jest świątynia poświęcona Suryi, bogu Słońca, dosyć rzadka w Indiach. Wygląda co prawda troszkę jak beza, no ale jest to beza ogromna i tysiącletnia ;-) Na jej tle odbywa się festiwal tradycyjnego tańca indyjskiego, o którym więcej w następnym odcinku.

Świątynie są rozmieszczone w dwóch częściach wsi. Część zachodnia to najbardziej popularne obiekty, otoczone wianuszkiem hoteli i restauracji, wstęp do nich jest płatny (250 rupieci za całość). Część wschodnia jest o tyle ciekawa, że znajduje się właściwie w środku wsi, co daje ciekawy efekt - na środku pola stoi licząca sobie tysiąc lat świątynia Wisznu, a wokół niej pasą się krowy, świnki ryją w błocie a lokalna ludność zajmuje się codziennym życiem (jeden pan nie przejmując się zbytnio obecnością zabytków w pewnym momencie przykucnął sobie i zrobił kupę na środku pola). Życie, po prostu, życie :-)

przyświątynny zwierzyniec


Gdy wracałem do hotelu znowu zagadnął mnie lokalny chłopaczek, widać, że od przedszkola są szkoleni na naciągaczy. Postanowiłem skorzystać z porady koleżanki Marty i od razu gadać do niego w hindi. Był nieco zaskoczony, ale nie tracąc rezonu opowiedział mi o swojej rodzinie, wypytał mnie o mój kraj i strasznie chciał wiedzieć do jakiej należę kasty. Moim kulawym hindi próbowałem mu wytłumaczyć, że w Polsce nie ma kast, ale nie za bardzo to do niego trafiało. W końcu postanowiłem się ładnie pożegnać, na co przystał, ale oczywiście nie omieszkał poprosić o pieniążki "za usługi przewodnickie". Dałem mu 10 rupii, co niezbyt mu się spodobało. Nie będzie miał dobrego zdania o Polakach - nie dość, że do żadnej kasty nie należą to jeszcze skąpi.

niedziela, 23 lutego 2014

z miasta do wsi, czyli z deszczu pod rynnę

Ponieważ były prośby, żeby napisał coś o indyjskim jedzeniu, piszę. Otóż indyjskie jedzenie jest świetne! Oczywiście wszystko to jest kwestia gustu, ale w Indiach jedzenie jest tak różnorodne, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Dla mięsożerców jest kuchnia mogolska, baranina i kurczaki przyrządzane na dziesiątki sposobów. Dla wegetarian - niekończące się kombinacje warzyw z wyjątkowymi zestawami przypraw. Jest też mnóstwo lokalnych potraw, bo przecież Indie to mieszanka wielu narodów, każdy z nich oprócz języka i kultury ma także własną gastronomię. Gdyby ktoś miał ochotę spróbować tego w pigułce, to jest w Delhi takie miejsce, które nazywa się Dilli Hut. To coś w rodzaju ucywilizowanego targowiska, gdzie można kupić ubrania, rękodzieło i różnego rodzaju ozdoby z całych Indii. Na samym końcu znajduje się zaś zestaw knajpek, gdzie każdy indyjski region ma swoje stanowisko. Można tam spróbować lokalnych przysmaków. Namówiony przez znajomych skosztowałem kuchni z Nagalandu - ryba w ostrym sosie z pędami bambusa - palce lizać. Nie wiem tylko czemu w knajpce z Nagalandzkim żarciem na cały regulator leciała jedna z płyt Bon Jovi z lat osiemdziesiątych - są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom.

Z żalem opuściłem Delhi. Oficjalnie dopisuję to miejsce do trzech ulubionych miast na świecie - obok Londynu i Lizbony. Wyjeżdżam pociągiem - to najtańszy i najwygodniejszy sposób podróżowania po Indiach. Trzeba znać co prawda kilka sztuczek, ale kiedy opanuje się podstawy rezerwowania pociągów online w systemie indyjskich kolei, to można podróżować bez większych problemów. Tym razem wybieram podróż w klasie sleeper. Wstyd się przyznać, ale pomimo, że to moja trzecia już wizyta w Indiach, zawsze podróżowałem w klimatyzowanych, wygodnych wagonach dla klasy średniej. Są one po prostu dużo przyjemniejsze, dostaje się pościel i łóżko, klimatyzacja jest zbawienna w upały, można położyć się w punkcie A i obudzić w punkcie B. Sleepery różnią się tym, że pościeli nie ma, klimatyzacji nie ma, okna są otwarte całą drogę (nie ma szyb, tylko kraty), no i poziom czystości też trochę gorszy. Trochę inne też towarzystwo podróżuje w sleeperach - są one rzecz jasna znacznie tańsze. Nie ma jednak czego się obawiać - jeśli komuś nie przeszkadza, że wieje z okna, ściany lepią się od brudu a cały wagon gada bardzo głośno w hindi do 2 nad ranem - można tanio i przyjemnie przejechać 500 kilometrów za około 20 zł :-) Zresztą -  czy w naszym PKP jest dużo inaczej?

W wagonie podróżuje ze mną Japończyk. Zawsze zastanawiają mnie młodzi Japończycy, którzy samotnie podróżują po Indiach. Jak to jest, gdy przenosisz się z übercywilizacji, gdzie w pachnących toaletach sedes gra muzykę klasyczną, do chaosu Indii, gdzie po wizycie w publicznym kiblu masz ochotę wziąć godzinny prysznic. Ewidentnie interesuje to też całą resztę wagonu, ponieważ Japończyk znajduje się w krzyżowym ogniu pytań. "Ju trawel alołn in India, łaj?" - pyta rozgorączkowany tłum. "Ju dont hew any frends hir, wery dendżeros!" zatroskany tłum kontynuuje. Ktoś rozkłada mu leżankę, ktoś inny próbuje nauczyć kilku słów w hindi. Generalnie kolega jest sensacją wieczoru.

Rano docieramy do Khajuraho. To jest jedno z tych miejsc, które bardzo chciałem zobaczyć w trakcie pierwszej indyjskiej przygody, w grudniu 2010 roku, nie starczyło jednak już wtedy czasu. To mała, zapomniana przez świat i ludzi wioseczka, kryje w sobie jednak skarb - świetnie zachowany kompleks świątyń wzniesionych między IX a XII wiekiem przez władców z dynastii Ćandelów. Cytuję za wikipedią: "Swą sławę zespół zawdzięcza szczególnie bardzo bogatej dekoracji rzeźbiarskiej zewnętrznych ścian świątyń. Tworzą ją rytmiczne układy splątanych ze sobą postaci. Wiele z nich ma charakter erotyczny, nieraz bardzo śmiały. Wiąże się to ze specyfiką lokalnego hinduizmu. Ćandelowie bowiem popierali skrajne sekty tantryczne, jak kapalikowie, kaulowie, kalamukhowie, czy zwolennicy kultu Sześćdziesięciu Czterech Jogiń. W skład ich pobożności wchodziły również rytuały orgiastyczne, zwane mithuna, wiążące się z zawieszeniem uznawanych norm moralnych. Zespół świątynny został wpisany w roku 1986 na listę światowego dziedzictwa UNESCO." Abstrahując od erotyki, świątynie są naprawdę bardzo ładne, no i świetnie zachowane - a pochodzą po części z czasów, w których nasi przodkowie mieszkali w lasach a Mieszko I nie był nawet w planach. Więcej o nich następnym razem.

Niestety Khajuraho ma wszystkie wady wsi - fatalne drogi, wszędzie pełno śmieci, nie brakuje też nawalonych Hindusów pod budką z piwem. Widać też, że wszyscy żyją tu z turystyki. Po pięciu minutach nagabuje mnie młody chłopaczek, który strasznie chce poćwiczyć angielski. Oczywiście od razu wiadomo, że chodzi mu o to, żeby wyciągnąć ode mnie kasę, ale postanawiam pograć w jego grę. Mówi okrągłymi, płynnymi zdaniami, widać, że ćwiczył już z niejednym turystą. "Indie to wyjątkowe miejsce, jedyne takie na świecie, możesz tu coś stracić, możesz też wiele zyskać, możesz wzbogacić swojego ducha" - peroruje, a mnie się chce już trochę rzygać, bo wiem, że na myśli ma: "Hej, jesteś biały, masz mnóstwo kasy i ja zaraz troszkę od ciebie jej skubnę, nie wiem jeszcze jak, ale daj mi parę minut". Skręcam do jakiejś knajpki, licząc, że się odczepi, on jednak wchodzi za mną i od razu leci do właściciela, sugerując, że mnie tu przyprowadził i licząc na prowizję! Nie lubię cwaniaczków, więc od razu wychodzę, on za mną. "Nie jesteś głodny? A może chcesz wpaść do mojego sklepu? Mam mnóstwo ciekawych rzeczy, chodź, chodź, oglądanie za darmo" - kiedy słyszę ten tekst, sprawa jest już`jasna, dziękuję mu więc za towarzystwo, i zmykam szybkim krokiem. Tym razem się nie uda, my friend.

piątek, 21 lutego 2014

Archipelag Delhi

Wydaje mi się, że kluczowe dla zrozumienia Delhi jest to, że to miasto to archipelag wysp. W morzu chaosu co jakiś czas występuje wyspa, która stanowi pewien zamknięty, niezależny wszechświat. Są wyspy muzułmańskie, są wyspy tybetańskie, są też niezwykle ciekawe enklawy dla młodych, bogatych, mocno zwesternizowanych delhijczyków. Miałem okazję odwiedzić Hauz Khas Village, czyli takie właśnie po części zamknięte miejsce. W samym środku Południowego Delhi znajduje się zagłębie modnych knajpek, eleganckich restauracji, galerii, sklepików. Po ulicach spacerują chłopcy w nienagannych ciuchach, dziewczyny w mini, generalnie  mogłoby to być w dowolnym miejscu w Europie. Ceny oczywiście niebotyczne (jak na Indie), ponieważ bogaci delhijczycy lubią pokazywać, że mają kasę a przy tym odstrasza to elementy niepożądane. Samo miejsce jest przy tym naprawdę ładne, są malownicze ruiny, jest czyste (!) jeziorko, można wybrać się na romantyczny spacer a potem przekąsić coś dobrego i napić się piwa. Spotykają się tu ludzie z branży filmowej i reklamowej, fotografowie, dziennikarze, architekci oraz dzieci bogatych oficjeli. Gdyby ktoś miał ochotę odpocząć i nie przeszkadza mu taki klimat - bardzo polecam :-)

sufi


Z Hauz Khas Village przeskok do zupełnie innego świata. Dzielnica otaczająca Nizamuddin Dargah, czyli mauzoleum sufickiego świętego Nizamuddina, to kolejne zagłębie ludności muzułmańskiej. Dziesiątki ulicznych knajpek, gdzie można zjeść kebaba za 40 rupii (2 zł), panowie z brodami i w charakterystycznych czapeczkach, kobiety w chustach, ogólny klimat ledwie kontrolowanego chaosu. Przy czym wszyscy są dla siebie raczej mili i uprzejmi, można się zapytać o drogę i odpowiedź zostanie udzielona bez konieczności wizyty w najbliższym sklepie. Odwiedzam Nizamuddin Dargah, żeby posłuchać koncertu Qawwali, czyli śpiewanej poezji religijnej przy akompaniamencie harmonium i instrumentów perkusyjnych. W samym obiekcie szalony tłum, część osób się modli, część rozmawia, część je, część sprawdza wiadomości na telefonach komórkowych. To jest niezwykła rzecz w meczetach i obiektach kultowych islamu, że ludzie po prostu się tam spotykają, żeby się zdrzemnąć, poczytać, zjeść coś. Nie odbiera to przy tym wcale aury świętości. Koncert się rozpoczyna, chłopaki śpiewają, niestety dosyć często robią sobie przerwy, co trochę wybija z rytmu, no ale co zrobić - są u siebie i to oni narzucają reguły gry. Zresztą posłuchajcie sami.



czwartek, 20 lutego 2014

wciąż się dzieje


Targi Książki ciągle trwają i trzeba przyznać, że jest to niezwykle zacna impreza. Niestety nie powstrzymałem się i kupiłem kilka pozycji, plan jest taki, że będę czytał je po drodze i może rozdawał po przeczytaniu. Bardzo chciałem zdobyć jakąś współczesną, rozrywkową powieść dziejącą się w Delhi, żeby zobaczyć to miasto oczami samych jego mieszkańców. No i ze dwie takie udało się zdobyć, zobaczymy czy będą nadawały się do czytania. Mam też książkę o Narendrze Modim, liderze BJP, jednej z wiodących w Indiach partii, a jednocześnie mocno kontrowersyjnej postaci, ponoć zamieszanej min. w masakrę muzułmanów kilka lat temu w Ahmedabadzie. Dobrze wiedzieć, kto może zostać przywódcą jednego z największych powierzchniowo i liczebnie państw na świecie.

Przy okazji Targów miałem też okazję odwiedzić Foreign Corespondents Club of South Asia, gdzie było kolejne spotkanie z Wojciechem Jagielskim. Impreza zorganizowana przez Instytut Polski w Delhi była bardzo przyjemna. Wino, hummus, rozmowy na świeżym powietrzu, przemykający gdzieś obok Jacek Dehnel, Jagielski opowiadający o swoich podróżach do Afganistanu... Problemem był tylko jeden indyjski dziennikarz, który nadużył wina i zaczepiał w bełkotliwym angielskim, ale i z tym przecież można sobie poradzić. A propos indyjskich dziennikarzy - zadali jedno ciekawe pytanie Jagielskiemu. Podobno reporterzy z Indii ograniczają swoją działalność tylko do rodzimego kraju, ewentualnie do państw ościennych, natomiast polscy reporterzy piszą książki o Azji, Afryce, Ameryce Południowej. Wystarczy poczytać Kapuścińskiego. Dlaczego tak jest? Trudno było znaleźć oczywistą odpowiedź, może Wy wiecie?

Qutab Minar
Wczoraj postanowiłem zamienić się w klasycznego turystę i pojechałem do Qutab Minar,72-metrowej wieży umiejscowionej w Południowym Delhi. Jej konstrukcja zaczęła się w 1193 roku i miała upamiętnić początek panowania islamu w Indiach. Obok niej znajduje się meczet, w którym postawiono tzw. Iron Pillar, cud metalurgii z IV wieku- metalowy obelisk ku czci króla i boga Wisznu, metalowy pręt, który waży 6000 kg. i nigdy nie pokrywa się rdzą. Muszę przyznać, że to wyjątkowo urokliwe miejsce, i warto się tam wybrać w ramach zwiedzania Delhi. Tam też po raz pierwszy w trakcie tegorocznego pobytu zrobili mi zdjęcie. Jest to coś czego nigdy nie zrozumiem do końca - Hindusi robią białym fotki, czasem ukradkiem, czasem otwarcie. Rozumiem jeszcze, kiedy fotografują ładne dziewczyny, ale po co im do cholery moje zdjęcie? Chociaż w sumie ja też robię im zdjęcia więc czemu nie? ;-)

szkolna wycieczka w Qutab Minar


Pojechałem też do Majnu Ka Tilla, czyli dzielnicy tybetańskiej, a właściwie tybetańskiego obozu uchodźców. Jest to wyjątkowe przeżycie. Jedzie się tam rikszą przez dosyć biedną dzielnicę a potem przez plac budowy. Okolica generalnie niezbyt ciekawa. Natomiast po wejściu do obozu znajdujemy się w mieście Leh, przeniesionym żywcem do Delhi, tylko bez otaczających go Himalajów. Każdy kto był w Leh wie o co chodzi, dla nie wiedzących - to miasteczko w Ladakhu,prowincji leżącej w Indiach ale tuż przy samym Tybecie. Hotelik przy hoteliku, knajpka przy knajpce, małe sklepy z tybetańskim rękodziełem, nieduża stupa. Widać, że dzielnica żyje do pewnego stopnia z backpackerów, bo duża część knajpek ma typowo zachodni charakter. Jest wifi, jest caffe latte, są brownies. Są Tybetańczycy w koszulkach ze Spidermanem, są Amerykanie w koszulkach z Dalaj Lamą. Cóż zrobić, taki mamy świat. Zabawne i straszne jednocześnie jest to, że po wyjściu na drugą stronę dzielnicy, od razu widać rzekę Yamunę, a nad nią prowizoryczne domki hinduskiej biedoty - prawdopodobnie początki kolejnego slumsa. Pewnie z odpadków pozostawionych przez białych turystów da się wyżyć całkiem nieźle.

widok z tybetańskiej dzielnicy na Yamunę


Dzisiaj wizyta w regionie Nizamuddin i wizyta w sanktuarium świętego męża sufickiego, Hazrat Khawaja Nizamuddina Auliya. W każdy czwartek odbywają się tam koncerty muzyki sufich, tzw. qawwali.  Ponieważ dzisiaj czwartek, nie omieszkam skorzystać:-)

Jutro wyjazd z Delhi, ale muszę przyznać, że już mi szkoda, że wyjeżdżam. Delhi to nie jest piękne miasto, ale jest to miasto fascynujące. Wrócę na pewno.