piątek, 28 lutego 2014

życie nad Gangesem

Mieszkam w samym centrum, a wręcz epicentrum starego Waranasi. Moim gospodarzem jest Monu, tablista, który podnajmuje pokoje w domu swoich rodziców i robi przy tym niezły biznesik. Minutę ode mnie znajduje się Kashi Vishwanath Temple, Złota Świątynia, najświętsza świątynia Śiwy na świecie. Pięć minut dalej Dasaśwamedh Ghat, największy z ghatów nad Gangesem. Gdziekolwiek nie spojrzeć małe sklepiki, knajpki, świątynie. Uliczki są tak wąskie, że można poruszać się po nich tylko pieszo, co jest swego rodzaju błogosławieństwem, bo oszczędza hałasu klaksonów. Uwielbiam błąkać się po uliczkach starych miast, łatwo tu się zagubić, ale tak naprawdę zgubić się nie da, bo wystarczy ruszyć w stronę Gangesu i wzdłuż jego brzegu można dotrzeć do dowolnego, wybranego punktu na starym mieście. Może to dziwne skojarzenie, ale stare Waranasi kojarzy mi się trochę z Alfamą w Lizbonie. Wiem, wiem, zupełnie inny temat, ale chodzi mi o tę plątaninę uliczek, knajpki i sklepiki, no i bliskość wielkiej rzeki w pobliżu.

Jako jedno z najstarszych miast na świecie, Waranasi kryje w sobie tysiące historii. Słyszeliście kiedyś o rytuale aśwamedha? Dosłownie oznacza to - poświęcenie koni i jest jednym z najstarszych rytuałów wedyjskich. Ceremonia może być przeprowadzona tylko przez króla, a jeśli wykonana jest właściwie, daje mu ona prawo uzyskania tytułu władcy całego świata. Wygląda to tak - na początku wybiera się odpowiedniego konia, musi to być ogier w odpowiednim wieku i o odpowiedniej prezencji. Skrapia się go wodą a kapłan szepcze mu do ucha święte mantry. Następnie wypuszcza się go w kierunku północno - wschodnim i przez okres pełnego roku może on biegać jak chce i dokąd chce, pod opieką setki szlachetnie urodzonych mężów, którzy dbają o jego bezpieczeństwo. Jeśli wbiegnie na teren innego królestwa, musi ono zostać podbite. Przez cały okres nieobecności konia, w pałacu królewskim odprawiane są nieprzerwanie odpowiednie rytuały. Po upływie roku koń jest chwytany i doprowadzany przed oblicze króla. Następnie jest myty, namaszczony ghee oraz odpowiednio przystrojony.W końcu król zabija zwierzę. Wtedy do gry wchodzi królowa, która ma za zadanie symbolicznie kopulować z martwym koniem, a następnie spędza z jego ciałem samotnie całą noc. O poranku jest wolna, koń zostaje upieczony a jego mięso zjedzone przez uczestników ceremonii. Król dostaje tytuł władcy całego świata. Nie sądzicie, że to świetna opowieść? A najlepsze, że prawdziwa, w historii Indii udokumentowana przynajmniej kilkukrotnie. Podobno ostatni raz zrobił to w 1716 roku władca Jaipuru, Jai Singh II.

Opowiadam tę historię dlatego, że największy ghat w Waranasi nazywa się Dasaśwamedh, czyli ofiara dziesięciu koni. Wedle legendy, upamiętnia to ofiarę koni dokonaną w Waranasi przez samego boga Brahmę. Ghatów (czyli kamiennych schodów wiodących do Gangesu) jest kilkadziesiąt, każdy z podobnie ciekawą opowieścią. Dla każdego przyjezdnego szokiem są ghaty kremacyjne, gdzie rodziny palą zwłoki swoich bliskich na specjalnych stosach. Według hinduizmu, jeśli ciało spalone jest w Waranasi, a popiół wrzucony do Gangesu, człowiek nie odradza się więcej i wychodzi z kręgu reinkarnacji. To jest coś o czym marzy większość Hindusów - umrzeć i nigdy więcej się nie odrodzić. Zupełnie inne podejście do naszego, europejskiego, prawda? Zresztą zdarzają się też biali, którzy chcą, by po śmierci ich prochy zostały wrzucone do Gangesu - jednym, którego możecie kojarzyć był George Harrison z The Beatles.

W Waranasi pada. Nie pomaga to kremacyjnym stosom, ogień co chwilę przygasa, pozwalając gapiom przyglądać się nadpalonym ciałom. Sto metrów obok dzieci grają w piłkę. Pod prowizorycznym daszkiem siedzi pokryty popiołem sadhu, udzielając nauk licznie zebranej gawiedzi. Starsza kobieta pierze w rzece tuż obok miejsca, w które wrzuca się spalone zwłoki. Tak wygląda codzienne życie w Waranasi. Średniowiecze się skończyło? Tutaj niekoniecznie.

Chociaż to też nie do końca prawda. Weźmy na przykład sadhu. Sadhu to specyficzny produkt hinduskiego społeczeństwa, w którym człowiek ma obowiązek uczyć się, zdobywać pieniądze, założyć rodzinę a kiedy spełni już te obowiązki wobec społeczeństwa, może odrzucić świeckie życie i zostać wędrownym pielgrzymem, poszukującym mądrości i wyzwolenia. Wielu sadhu miało wcześniej dobrą pracę, wygodne mieszkania, kochające żony. Porzucają jednak to wszystko, symbolicznie umierają dla świata (część nawet urządza sobie pogrzeb) i wyruszają w drogę. Od tej pory przemieszczają się z jednego świętego miejsca do drugiego, umartwiając się i żyjąc z datków ludzi. W każdym indyjskim mieście można spotkać sadhu, ale Waranasi, jako najświętsze miejsce w Indiach, ma ich chyba najwięcej. Oczywiście sadhu idą z duchem czasu, dziś na przykład widziałem sadhu z... i-padem. Długa broda, splątane włosy, pomarańczowa szata i i-pad, na którym pisał coś zawzięcie, popijając czaj. W ten sposób Indie dostosowują się do reszty świata - biorą techniczne nowinki ale nie zmieniają swojej kultury. Przetrwali muzułmanów, przetrwali Anglików, teraz stawiają czoła amerykańskiej globalizacji. Ja tam trzymam za nich kciuki.

sadhu z Waranasi

2 komentarze:

  1. Nadrabiam zaległości w czytaniu, dlatego tak się rozpisuję w komentarzach :) w Nepalu kiedyś byliśmy na ceremonii palenia zwłok i przewodnik powiedział nam ciekawą rzecz: otóż w Indiach ciała kładą na stosie i tak po prostu podpalają, wszystko na widoku; w Nepalu ciało jest przykrywane mokrą słomą: stos i ciało pali się od dołu, a rodzina i gapie mają trochę mniej drastyczny widok. Czy w Indiach (bo tam nigdy nie byłam świadkiem palenia zwłok) kobiety mogą być obecne na całej ceremonii? Pozdrawiam, Marta Krzemień

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że w Indiach każdy może być świadkiem palenia zwłok, nawet turyści, tylko nie wolno robić zdjęć.

      Usuń